Aż do śmierci – recepta na miłość

20

Wyobraź sobie, że masz przed sobą 20 kartek papieru. Na każdą z nich musisz wpisać to, co jest dla Ciebie ważne – osobę, rzecz, wyjątkowe miejsce Twojej mapy życia. To może być cokolwiek. Piszesz imię swojego partnera, dzieci, rodziców, siostry, przyjaciół, może psa albo chomika, który przecież też jest ważny. Wpisujesz dom, samochód, może ulubione buty lub sentymentalny pierścionek od babci. To nie jest łatwe, bo kartek jest aż 20, trzeba je wszystkie zapełnić i nie wolno zmienić decyzji.

Potem zamykasz oczy i poddajesz się czemuś na kształt hipnozy. Głos z zewnątrz każe Ci wyobrazić sobie, że jest zwykły dzień, taki jak dziś, wracasz z pracy i nagle czujesz jak przeszywa Cię ostry ból, taki, który raczej nie zwiastuje niczego dobrego. Tłumaczysz sam przed sobą, że to na pewno przemęczenie, albo niestrawność, albo słabszy dzień, ale idziesz do lekarza, a on robi niepewną minę. I wiesz już, że lepiej nie będzie. Teraz musisz wybrać jedną kartę, zgnieść ją i wyrzucić na ziemię, rozstając się tym samym z jedną z najważniejszych rzeczy. Co wybierasz? To, co pożegnać najłatwiej – buty, pierścionek, domek letniskowy za miastem. Łatwo przyszło, łatwo poszło – myślisz sobie – przecież masz jeszcze dziewiętnaście kart.

Tyle że to był dopiero początek. Hipnoza trwa, głos kontynuuje opowieść. Odebrałeś pełne wyniki i wiesz już, że to na pewno rak, że z każdy dniem będziesz coraz słabszy, że czeka Cię chemia, wypadanie włosów, krwotoki i ataki bólu, nierówna walka z zachłannym przeciwnikiem. Musisz wyrzucać kolejne karty – samochód, przyjaciół, potem dom, rodziców… zostaje ich coraz mniej… W ostatnim stadium masz już tylko te karty, na których jest twój partner i imiona waszych dzieci. Nie potrafisz ich wyrzucić, nie potrafisz nawet pognieść ich palcami. Czekasz na cud.

Ale cudu nie ma – są za to przerzuty i ostatnia, jedyna karta. Stoi przed Tobą na stole, gdy łapiesz ostatni oddech. Głos każe policzyć Ci do trzech i wydać ostatnie tchnienie. Raz, dwa, trzy. Umierasz.

***

Az do smierci - recepta na milosc

Tak wyglądają warsztaty umierania, organizowane w Japonii po katastrofie w Fukuszimie. Powiedział mi o nich Drwal.

Każdego dnia wysyłamy sobie kilkanaście różnorodnych inspiracji – artykuły, piosenki, zapierające dech fotografie, recenzje książek, które „koniecznie musimy przeczytać”, komiksy szydzące z absurdów rzeczywistości, głupie obrazki, które bawią nas do łez. Dzielimy się tym, zapisujemy, zapominamy. Ale gdy Drwal wysłał mi tekst o warsztatach umierania, po prostu nie mogłam przestać o nich myśleć. I wiem, że Ty też nie przestaniesz. Siedziałam wtedy w pracy z kubkiem ulubionej kawy, trochę znudzona, trochę zmęczona bo było już późne popołudnie i nagle dotarło do mnie, że życie jest nie tylko nieskończenie piękne. Jest też nieskończenie kruche – i trwa właśnie teraz. Wzięłam dwadzieścia karteczek i zapisywałam po kolei wszystko, z czym byłoby mi się trudno rozstać. Kartka po kartce zapisywałam to, co wydawało mi się kochane i ważne, aż wreszcie dotarłam do tej jedynej, mojej ostatniej kartki, tej, która leżałaby na stoliku, gdy nie miałabym już siły nawet mówić. Drwal. Ten, którego wybieram każdego dnia od nowa, na którego czekam i który zmienia mnie w czystą miłość, swoją małą bezbronną Alicję, czekająca co nocy na czułe Dobranoc Kochanie. Ten, którego chciałabym trzymać za rękę do końca.

Japończycy z Fukuszimy przychodzą na warsztaty umierania i… wychodzą z postanowieniem rozpoczęcia nowego życia. Znajdują nagle czas by bawić się z dziećmi czy odwiedzić rodziców, zakochują się na nowo w swoich żonach lub… rozstają się z partnerami i walczą o prawdziwą miłość. O swoją ostatnią kartę.

A Ty? Której karty nie będziesz potrafił rzucić na ziemię? Kogo wpiszesz na swoja najważniejszą, dwudziestą kartę? Czy osoba, z którą dzielisz życie jest tą, której ręki szukałbyś w ostatniej swojej chwili? Jeśli tak, to czy jesteś dla niej czuły i kochany, a jeśli nie – to dlaczego w ogóle z nią jesteś? Bo to jest właśnie recepta na miłość życia – znaleźć, uwierzyć, pokochać, doceniać – i nie tkwić w tym, co już dawno miłością nie jest.

Żyjemy tylko raz, ale jeśli robimy to dobrze, to raz wystarcza. Tylko czy odważysz się zrobić swoje dwadzieścia kart?

Komentarze20 komentarzy

  1. Akurat trafiłam tutaj w przerwie nauki na jutrzejszą obronę licencjatu. Tekst bardzo trafiony, chociaż teraz pewnie tylko o nim i o tych 20 kartach będę myśleć, może warto zrobić coś takiego dla eksperymentu … Koniec końców, zawsze mogę o tym powiedzieć na egzaminie dyplomowym i wprawić komisję w konsternacje …

    Regularnie czytam Waszego bloga, jestem pod wrażeniem i bardzo cieszy mnie, że poza tematami związanymi ściśle z naszą ulubioną sferą życia poruszacie też te mniej dla innych znane. Pewnie gdyby nie Wy, nie dowiedziałabym się o tym. Dziękuję!

        • Alicja

          Oliwio, mówmy może każda – i każdy – za siebie. Matki, które przeszły te warsztaty nie zawsze wybierały dzieci na ostatnią kartę, naprawdę nie ma co generalizować w tak intymnej, indywidualnej kwestii.

          • Jestem matką i na mojej ostatniej karcie zawsze będzie partner. to mój życiowy partner i z nim chce dzielić ta ostatnią chwile. Dziecko nie będzie umieć jej ze mną dzielić bo nie od tego jest na tym świecie.

          • Jestem matką, mam córkę.
            Nie byłaby na ostatniej karcie.
            Powiem tak – dziecko to owoc miłości. Na dwudziestej w moim przypadku muszą więc być korzenie.

  2. ❤️ Jutro zapisze 20 kartek , spróbuje wpaść w hipnozę .,, dałaś mi okropnie duzo do myślenia. Dziekuje Alicjo

  3. Mocne, daje do myślenia aż mi się łezka zakręciła choć muszę przyznać że raczej twarda ze mnie sztuka i mało co mnie rusza i wzrusza ale Wam się udało , chylę czoło 😘

  4. Oliwia pamiętaj że to ostatnia karta i ze to Ty umierasz. Uswiadamiasz sobie ze Dzieci dadzą radę, a Ty potrzebujesz zobaczyć w oczach drugiej osoby czysta miłość, miłość matki i dzieci jest bezwarunkowa, miłość ktora stworzyłeś bez warunku może okazać się to najwazniejsza – ostatnim oddechem. Pozdrawiam Alicjo.

  5. Dziś dałem mojej żonie na dwunastą rocznicę ślubu biżuterię. Sam szukałem, przeglądałem i wybrałem. Kosztowała mnie znaczne pieniądze. Kiedy dostała, była zaskoczona, wycałowała mnie, rozpromieniona była tak, że serce moje rosło. Podeszła do mnie i powiedziała: Zrobiłeś mi wspaniały prezent ale wiec, że ty jesteś moim największym skarbem. Mocno ją kocham, tak jak dwójkę wspaniałych dzieci, które posiadamy. A reszta jest nie istotna (uświadomiłem sobie to).

  6. Tez jestem matką dosyć świeżo upieczona. Tez wybrałabym na ostatnia kartę mojego męża. Swoją drogą na którym bardzo się wyzywam, za to jak ciężkie jest to całe macierzyństwo… chyba wypadałoby przeprosić ;-) oczywiście dzisiaj miałam jeden z gorszych dni – jak dobrze, że są takie blogi ;-)
    ale cieszę się, że są kobiety, które też wybrały by partnera ;-) także owszem nie generalizujmy !

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter