Długi wieczorny spacer

5

Restauracja to zawsze dobry pomysł, zwłaszcza, gdy chcecie uczcić jakąś sytuację, poznać nowe smaki, może pobyć wśród obcych ludzi i posłuchać plotek z okolicznych stołów… jeszcze lepszym pomysłem jest wówczas, gdy okazją jest spontaniczność i… brak okazji.

Tak jak w naszym wypadku, gdy wsiadając wieczorem do auta postanowiliśmy pokręcić się gdzieś w lubianych okolicach naszego miasta, bez powodu, dając się wieść intuicji, a nie wcześniej przygotowanemu planowi. Tym sposobem na hasło „głód” weszliśmy w pierwsze drzwi z napisem „restauracja”… No dobrze, drugie, bo pierwsze powiedziały mi, że to nie tu… i nie pytajcie jak mi powiedziały. Czasami rzeczy tak mówią, wystarczy słuchać ;) Zresztą przekonajcie się sami jak to było…

Siadamy spokojnie przy stole, kelner – wyjątkowo znudzony – przyjmuje nonszalancko nasze zamówienie…, chyba przerwaliśmy mu drzemkę. To nic i tak tu chwilkę posiedzimy, jego drzemka nam nie przeszkadza. Restauracja jest pusta. Taka, jakie lubimy. Sączy się spokojna muzyka, jednak ciekawsza jest historia, którą opowiadasz tak bardzo pasjonując się każdym przytoczonym dialogiem. Rozmawiamy i prawie nie jemy, zmieniają się talerze, ale ważniejszy posiłek toczy się nad nimi. Uwielbiam te rozmowy. Tę pasję i energię, jaką masz w sobie, gdy opowiadasz.

Z tych rzeczy, które przesuwają się na stole warty zapamiętania jest czekoladowy smak. Nieziemski, spijamy go sobie z ust, karmimy się nim w przerywanym dialogu. Jeszcze tylko kawa i wychodzimy. Pomagam Ci się ubrać, przytrzymuję torebkę i kapelusz. Jak zwykle kelner lekko zwichrowany, nieudolnie maskując ziewanie, życzy nam dobrej nocy…. Wygląda na to, że byliśmy pierwszymi i ostatnimi gośćmi, odwiedzającymi dziś tę restaurację.

Ruszamy powolutku. Nie chce nam się jeszcze wracać i czuć to w każdym kroku. Łapiemy się za ręce i nieśpiesznie idziemy, oglądając wystawy i komentując niezwykłe pomysły na przyciągnięcie uwagi przechodniów. Ale nie to mnie pochłania…

Długi wieczorny spacer

Masz w kąciku ust sugestię sosu, który tak bardzo Ci smakował. Może się mylę, może to tylko poświata, cień, efekt leniwego światła, jakie nas teraz otacza, ale bardzo chcę to sprawdzić. Jako Twój facet nie mogę Ci przecież pozwolić chodzić w tej nieświadomości po ulicy. Muszę się Tobą zaopiekować….

Wracamy delikatnie oświetloną ulicą, jest prawie pusto. Gdzieś w oddali jakaś parka trzymając się za ręce idzie równie powoli. Słychać nieśpieszny stukot Twoich szpilek, to jedyny dźwięk jaki jest teraz ważny dla mnie i jedyny ważny na tej ulicy… dominujesz tutaj, rządzisz tym stukotem. Docieramy do budynku z kilkoma bramami… i nagle te puzzle zaczynają pasować do siebie. Mamy pustą ulicę, przytłumione światło, niedomknięte bramy i najważniejsze… ta kropelka sosu, którą koniecznie muszę dyskretnie usunąć.

Wciągam Cię do drugiej bramy z kolei, jest tutaj trochę ciemniej, brama półprzymknięta i to miejsce mówi, że znajdziemy się na chwilkę sami. Tuż za bramą zaczyna się mur, na tym murze bardzo brakuje Twoich pleców. Przyciągam Cię do siebie i zaczynam delikatnie całować, jednocześnie kierując Cię w stronę ściany. Opierasz się i lekko gryziesz mnie w dolną wargę. Po co ja Cię tu wciągnąłem? Po kropelkę sosu? Jakiego sosu?

Masz na sobie ciepły płaszcz, na szczęście zapinany tylko na guziki, z którymi radzę sobie bardzo szybko, podobnie zresztą jak Ty z moimi. Szepczemy do siebie uspokajające słowa, zupełnie przeciwne do tego jak bardzo nam się spieszy, żeby dostać się do siebie. „Spokojnie” w Twoich ustach smakuje znacznie lepiej niż ten sos. Ten lekki szelmowski uśmiech, którym mnie uspokajasz, mówi – no co, co tak wolno? Twoje „spokojnie” zawstydziłoby czasami najszybszych gości, poczuliby się powolni… ale ja tak się nie czuję, widzę jak bardzo sama się spieszysz. Te guziki chyba specjalnie robią takie ciasne, żeby wydłużyć maksymalnie czas między „spokojnie” a pierwszym „och…”. Myślę że to zmowa producentów ;)

Opieram się o Ciebie i zaczynam mocno całować. Przestajesz mówić, ale próbujesz mnie gryźć. Odgryzam się, lekko pokazuję zęby, rzucam się na Ciebie lekkim warknięciem.  Lekko przygryzam szyję, jednocześnie liżąc to miejsce, szczypię Cię zębami i zlizuję, aby ukoić moje szaleństwo. Wracam do Twoich nieziemskich ust i znowu zatapiam się w nich. Bez oddechu walczę z Twoim językiem… Wycofuję się i liżę Twoją szyję, szczękę, policzek…

Potem obejmuję Cię w pasie jedną ręką i mocno przyciągam do siebie. Nie przestaję Cię całować. Nie chcę przestać. Za bardzo mi smakujesz… Drugą ręką podnoszę spódnicę i dotykam Cię przez rajstopy i majtki. Czuję Twoje zaproszenie. Otwierasz oczy i odwzajemniając pocałunek uśmiechasz się. Ten sam szelmowski uśmiech mówiący – „no dalej…”.

Wsuwam rękę coraz głębiej i zaczynam bardzo mocno całować. Oddajesz mi. Jesteś w tym pocałunku równie dzika co ja…  Jest nam blisko, bliżej niż może się wydawać. Jesteś takim samym szaleńcem jak ja. To dlatego, gdy tylko dotniemy swoich ust, nie możemy się zatrzymać. My zawsze mamy czas na wszystko. Ten czas biegnie innym torem. Inną prędkością.

Przestajesz mnie całować. Patrzę Ci w oczy, więc odwzajemniasz to spojrzenie i uśmiechasz się, tak delikatnie… inaczej. Twoje oczy płoną czystą namiętnością i prośbą o jeszcze, nie rozkazem, prośbą o wszystko. Rzucam się na Twoją szyję, a Ty zaczynasz rozpinać mi spodnie. Szybko, tak jakby świat za chwilkę miał się skończyć. Przestaję Cię obejmować, choć całuję wciąż bez wytchnienia. Dociskam Cię do ściany i sięgam obiema rękoma do rajstop. Rozrywam je, nie przestając napierać na Ciebie… Jesteś absolutnie moja. Trzymasz swoje dłonie, zaskakująco ciepłe na mnie. Szarpiemy się, tak żeby nie tracić nawet sekundy.

Zbliżamy się do siebie. Staję trochę szerzej, lekko się naprężasz. Aksamitnie wsuwam się w Ciebie. Nie jestem delikatny. Dociskam Cię mocniej do ściany. Chwytam za jedną nogę i lekko ją podnoszę. Drugą dłoń kładę Ci na szyi i zaczynam bardzo szybki taniec… Nie mamy czasu. Tu nie chodzi o czas. Tu chodzi o to, że świat może naprawdę skończyć się za chwilkę a my musimy zdążyć się skończyć przed nim. Nie jestem samolubny. Czekam na Ciebie…

A potem wychodzimy jak gdyby nigdy nic z bramy… dobrze, że do auta mam blisko. Masz na sobie porwane rajstopy i mówisz mi, że czujesz jak powoli się z Ciebie sączę… Ale bardziej teraz pochłania nas smak kaczki. Nie była wystarczająco chrupiąca, a sałatka sprawiała wrażenie nieświeżej. Coś z nią było nie tak. Najsmaczniejszy był, jak zauważyłaś sos, nieziemski, czekoladowy. Raczej już tam nie wrócimy… Na szczęście mamy jeszcze tyle miejsc do przetestowania, prawda?

Komentarze5 komentarzy

  1. Hmmm ale chyba pomimo tej mało chrupiącej kaczki i niezbyt świeżej sałatki wyjście można uznać za baaaardzo udane ;)

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter