Gorzkie gody

1

Gorzkie gody to film, który obejrzałam bardzo dawno temu i… nie zrozumiałam z niego nic. Z tego płynie wniosek pierwszy: trzeba oglądać go uważnie, we właściwym czasie, bo nie jest to lekka komedia romantyczna ani prosta historyjka dla nastolatek. Wniosek drugi mógłby brzmieć tak, że jest to film o pułapkach miłości, bardzo typowy dla stylu Polańskiego. Jeśli więc lubisz tego reżysera i masz ochotę na pikantny film wymagający nieco uwagi – to poszukaj Gorzkich godów.

Gorzkie gody

O czym jest ten film?

Ograniczę się do koniecznych skrótów, bo po prostu nie chcę psuć wam seansu – a uwierzcie, że zwroty akcji są tu naprawdę dopracowane, zaskakujące i zwykle bolesne ;) Mamy czwórkę bohaterów. Dwie kobiety, dwóch mężczyzn, dwa małżeństwa. Pierwszy duet tworzą sparaliżowany od pasa w dół Oscar i uwodzicielska famme fatale – Mimi. Drugi duet to angielskie, na pierwszy rzut oka nudne do bólu, małżeństwo – Nigel i Fiona. Nieco wieje to stereotypowym podziałem na ognistych Francuzów i sztywnych Anglików, ale to raczej drobiazg, na który można przymknąć oko. Już pierwsze kadry zdradzają, że Oscar i Mimi są po ciemnej, namiętnej, ekscentrycznie niebezpiecznej stronie mocy, a Nigel i Fiona reprezentują stare małżeństwo, zasypiające z nudów we własnym towarzystwie. No więc mamy czwórkę bohaterów płynących tym samym statkiem do Stambułu. Co dalej?

Dalej jest coraz… intensywniej. W każdym znaczeniu tego słowa. Konserwatywny Nigel poddaje się urokowi Mimi, ale to nie do niej chodzi każdego wieczoru. Wieczory spędza bowiem przy łóżku… Oscara, który szczegółowo opowiada mu historię ognistego, uzależniającego, toksycznego, sadomasochistycznego i pod wieloma względami tragicznego związku z Mimi. Im dłużej Nigel słucha, tym bardziej pochłania go opowieść, choć momentami nie kryje swojego oburzenia ;) Zresztą – pomyślcie, że Nigela gra Hugh Grant. Ten sam, który zwykle pokazuje swoją buzię w romantycznych komediach wszelkiego kalibru.

No więc Oscar opowiada, Nigel słucha, Mimi uwodzi, a Fiona uwalnia swoje demony. Nikt nie jest tu grzeczny i nikt nie jest bez winy, każdy ulega namiętności i pasji. Mamy mnóstwo przesyconych erotyzmem scen, zwłaszcza tych opartych na tańcu. Taniec młodej Mimi wijącej się jak w transie przed wygłodniałym Oscarem, taniec Mimi na statku, gdy porusza biodrami jak gdyby od niechcenia, nie zwracając uwagi na zgromadzonych wokół niej gapiów, wreszcie – taniec Mimi i Fiony, kipiący seksem i rozpalający wyobraźnię publiczności. Obok warstwy namiętności istnieje jednak warstwa bólu, bo każdy z bohaterów musi zapłacić za swoje namiętności. Nie chcę wam zdradzać szczegółów, powiem tylko, że nawet powód kalectwa Oscara wiąże się z zemstą zranionej kochanki – a nie jest to jedyna scena o zabarwieniu tragicznym. Dla złagodzenia dodam, że czasem można się też nieźle pośmiać – na przykład patrząc Oscara przebranego za świnkę (!), chowającą się za firankę przed odzianą w lateks dominą z pejczem ;)

Drwal każe mi napisać coś o wadach, tak dla równowagi, ale ciężko się czepiać czegoś, co powstało prawie ćwierć wieku temu i zachować w tym zdrowy rozsądek ;) Mnie irytowała przede wszystkim Mimi, bo ani nie podoba mi się jej uroda, ani sposób prowadzenia roli, ani to, że Polański obsadził w głównej roli swoją żonę ;) Jednak im dłużej trwał film, tym Mimi była bardziej przekonująca. Niektóre sceny mnie bawiły, choć w zamierzeniu reżysera prawdopodobnie miały podniecać, niektóre wyłączały moją uwagę. Nie zmienia to jednak tego, że uważam ten film za interesujący w swojej kategorii.

Dlaczego polecam wam seans?

Bo Gorzkie gody mają głębię. Polański zaprasza widza do tropienia pozostawionych śladów. Gdy będziesz oglądać zwróć uwagę na scenę otwierającą film i na jego zakończenie – czyż nie jest to sugestia, by przeżyć wszystko jeszcze raz? odczytywać to ciągle na nowo? pomyśleć o filmie na długo po tym, jak skończy się seans?

Ja lubię ten film z wielu powodów. Pierwszym są te perełki, jak metaforyczny obraz oceanu, który z Drwalem dosłownie kochamy. Drugim jest obnażenie prawdy o wielu związkach, które na pierwszy rzut oka wydają się po prostu zwyczajne. Trzecim jest pokazanie, że ból łączy ludzi równie mocno co namiętności. Że współdzielenie cierpienia uzależnia i wciąga. Że namiętność może skończyć się tragicznie.

Jeśli liczycie na sceny rodem z porno, to będziecie pewnie rozczarowani, bo seks jest tu najczęściej opowieścią, sugestią, rozmytą retrospekcją – choć oczywiście nie brakuje scen dosłownych. Jeśli jednak chcecie obejrzeć film, o którym można potem rozmawiać pół nocy – to poszukajcie wina, połóżcie się wygodnie i zacznijcie seans.

I na deser świnka. Tak na zachętę ;)

Komentarze1 komentarz

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter