Jaka jest wartość Twojego związku?

18

Kilka dni temu musiałam zrobić sobie zdjęcie. Potrzebowałam do dokumentów, więc musiało być w miarę przyzwoite, a że zdjęcia robię bardzo często, postanowiłam zrobić je samodzielnie. Byłam wtedy w domu sama, Drwal był w pracy, co jest dość istotne w całej tej opowieści. Ogarnęłam pokój, bo jak większość z was wie takie zdjęcia wymagają neutralnego tła, światło mi sprzyjało, pogoda ducha też, więc założyłam, że całość zajmie mi maksymalnie godzinę – z rozstawianiem sprzętu, sprzątaniem i jakąś małą obróbką. Najpierw pomyślałam, że spróbuję zrobić to zdjęcie komórką, bo tak jest najwygodniej, najszybciej i najprzyjemniej – ale po półgodzinnym strzelaniu selfików doszłam do wniosku, że nic z tego nie będzie. Wyjęłam lustrzankę, pobawiłam się parametrami i podeszłam do drugiej tury, a potem trzeciej, czwartej i piątej. Ciągle coś było nie tak – i nie pomogły ani zmiany ustawień, ani rozstawienie statywu, ani ocenianie na bieżąco kadrów w podłączonym laptopie. Po dwóch godzinach strzelania fotek, wybrałam kilka przyzwoitych ujęć i usiadłam do programu graficznego.

Czas leciał, a efekt końcowy wciąż mnie nie zadowalał i już wtedy powinnam zwyczajnie dać sobie spokój. Szkoda mi jednak było zainwestowanego czasu, więc łudziłam się, że coś z tych zdjęć jednak wyciągnę. Czas leciał nadal, Drwal zdążył wrócić z pracy, a ja zdążyłam zmienić się w wulkan kipiący wkurwieniem. Tak, wkurwieniem – bo zmarnowałam cały dzień na coś, co nie przyniosło żadnego efektu, trzymając się kurczowo myśli, że te kadry są warte 6 godzin mojego życia.

Jaka jest wartość Twojego związku

Tu pojawia się lekcja pierwsza: wszystko co masz jest warte tyle, ile zapłaciłbyś za to w danej chwili.
I ani grosza więcej.

Lekcja druga, równie dotkliwa na co dzień, uderzyła mnie w chwili, gdy wciągnęłam w to wszystko Drwala. Bo zamiast zwyczajnie poczekać, aż on wróci i zrobi mi to zdjęcie w dwie minuty, musiałam udowadniać, że wszystko dam radę zrobić sama. Bo zamiast skasować felerne ujęcia, siedziałam jak biedna sierotka, a on próbował ratować je jeszcze obróbką. I nagle z sześciu moich zmarnowanych godzin zrobiło się moich osiem, jego dwie i kolejne cztery moich absurdalnych dąsów – a to już jest naprawdę bardzo dużo czasu. Lekcja numer dwa brzmi zatem następująco: jeśli jesteś w szczęśliwym związku, to nie zgrywaj Zosi-samosi.

Zdaję sobie sprawę, że moje zdjęcia są sprawą delikatnie mówiąc: błahą i że większość z nas wszystkich ma bardziej realne problemy. Tak się jednak składa, że moja pierwsza lekcja mogłaby uratować niejedno przeczekane życie. Bo my czekamy częściej, niż się nam wydaje, choć zwyczajnie powinniśmy wówczas odpuścić. Czekamy, aż znajdzie się nabywca, który za nasze stare auto zapłaci dwadzieścia tysięcy – bo przecież tyle zapłaciliśmy za nie trzy lata wcześniej. Czekamy, aż nasza tonąca firma wyjdzie wreszcie na prostą i zamiast ją zamknąć – dokładamy, bo szkoda nam czasu, pieniędzy, energii. Czekamy, aż fikcyjny związek, w którym trwamy, jakoś cudownie ozdrowieje, bo przecież poświęciliśmy mu tyle lat, tyle wyrzeczeń, tyle wzruszeń. Oceniamy wartość sypiących się rzeczy przez pryzmat inwestycji, a nie realnej wartości. Ciągniemy to, co ciągnie nas za sobą na dno. Reanimujemy związki, które od dawna są trupami.

Za każdym razem, gdy dostaję maila z pytaniami: czy myślisz, że mój związek ma jeszcze jakiś sens? czy warto się w to pakować, czy może lepiej poszukać innego? kiedy wiadomo, że pora na jakąś zmianę? – mam ochotę odpisać dokładnie to samo: połóż swój związek na stole i oceń, ile jest wart. Ile jest wart teraz, w tej chwili. Ile widzisz w nim możliwości, potencjału do rozwinięcia, ile jesteś w stanie poświęcić dla niego wiedząc, co tak naprawdę się w nim kryje. Nie patrz na lata, które już poświęciłaś, bo ich już nie ma – i nie są żadną walutą. Patrz na teraz.

Mój związek z Drwalem jest wprawdzie jak roller coaster, ale kładąc go na stole nie miałabym żadnej wątpliwości: jest warty więcej, niż wszystko inne co mam. Jest warty każdego ryzyka, każdego wyrzeczenia, każdego przekroczenia bezpiecznej strefy komfortu. Jest warty niemarnowania czasu i niezgrywania Zosi-Samosi. Jest warty tyle, że choć widzę ile w niego zainwestowałam, to mam poczucie absolutnej wygranej, bo to najlepsza inwestycja o jakiej mogłam kiedykolwiek pomyśleć.

Mój związek jest warty tego, by walczyć o niego codziennie, chronić przed całym światem i… inwestować w niego jeszcze więcej – czasu, uwagi, miłości. By nie odkładać niczego na kiedyś, nie żyć przeszłością i nie pozwolić, by czas przeciekał przez palce. By nie zapominać, że życie dzieje się teraz.

A Twój?

 

Komentarze18 komentarzy

  1. Czytam Was już bardzo długo, jednak dopiero teraz pozwolę sobie na komentarz. Niesmaowite, jak potraficie za pomocą kilku słów lub jednego pytania udowodnić ludziom, że muszą czasem odpuścić albo wręcz przeciwnie- walczyć. Miłość to piękna rzecz lub wręcz istota, ale czasem nie jest warta naszego czasu, poświęcenia bo sprawia jedynie ból, nie ma w niej grama szczęścia tu i teraz.
    Podziwiam Was, mimo tego, że znamy Was tylko z bloga, niesamowicie czyta się o ludziach żyjących że sobą i dla siebie, nigdy nie oddzielnie czy przeciwko sobie.
    Aż zazdrość zżera
    Oczywiście w pozytywnym znaczeniu ;) dziekuje za Waszą energię Alicjo i Drwalu.

  2. A mój związek skończył się oficjalnie w środę przed Sądem..
    Teraz w listopadzie mineloby 9 lat.
    I poczułam ulgę bo miałam dość niszczenia swojego życia. Ja chcę jeszcze kochać i może kiedyś znajdzie się ktoś kto mnie pokocha?

    • Mój zakończył się rok temu… też w sądzie…
      teraz kocham, naprawdę kocham i jestem kochana do szaleństwa! Życie to ryzyko, ale warto je podjąć :)
      Kasiu, jak tylko dojdziesz do siebie i odnajdziesz swoje wewnętrzne szczęście to zanim się obejrzysz, a obdarzysz nim kogoś innego :)

    • Kasiu, ja byłam w związku przez niespełna 11 lat. Wprawdzie nie było rozwodu, bo nigdy nie zależało mi na ślubie,ale przeżyłam z człowiekiem swoje dotychczasowe „dorosłe lata”. I wiesz czego mnie nauczył były partner: no właśnie bycia Zosią-Samosią. I obawiam się, że już inaczej nie potrafię…

      PS. Alicjo, Ty mądralo! :* :)

  3. A ja wciąż tęsknię za kimś, kto – żeby nie zranić dorosłego dziecka – ciągnie związek, któremu nie pomoże już żadna reanimacja… Czy to więc dobrze, czy źle, gdy facet jest porządny i odpowiedzialny?

  4. Jeju Alicjo czytasz w moich myślach potrzebowałam tego postu właśnie dzisiaj…. na zakręcie życia dziękuję 😘 właśnie to zrobiłam położylam na stole i oceniam jest wart i będę walczyć.

    • Dzisiaj mija rok odkąd jestem z Moim Drwalem. Nasz związek jest wart wszystkiego czego nigdy w życiu nie była warta żadna znajomość. Jestem najszczesliwsza osoba na Ziemi i czuje, ze tak pozostanie. Jeżeli coś się zmieni, wtedy ponownie położę nasz związek na stole, by uświadomić sobie „ile waży”. Dziękuję za ten wpis, pozostawia mnie w przekonaniu, że miłość jest wyjątkowym uczuciem dla którego warto się poświęcać (a tak niedawno nie wierzyłam w takie uczucie)

  5. Przepięknie Alicjo, czytam Was już bardzo długo i wreszcie postanowiłam się odezwać 😃 Życie dzieje się tu i teraz, dlatego żyjmy teraźniejszością. Mamy z moim drwalem dwie prawie dorosłe córki i odkrywamy nowe życie…jak? Spełniłam marzenie męża i kupiliśmy motocykl 😃 inny świat motocyklowej braci, nowe znajomości, nowe możliwości, życie przed nami 😃 pozdrawiam gorąco 😘

  6. Czytam Was skrupulatnie od niedawna. Nigdy nie komentuje ponieważ jakoś tak….nie czuję odwagi by uzewnetrzniac się. Być może jest to trochę spowodowane droga i praca nad sobą co w obecnej chwili jest jakby moim etapem w życiu. Ale nie o tym chciałam.
    Czytając ten artykuł pierwszy raz jakby coś we mnie krzyknęło że muszę, absolutnie muszę coś napisać.
    NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO BY WALCZYC O SWOJ ZWIĄZEK. Może troszkę jest tak jak piszesz, że trzeba wyłożyć go na stół i zastanowić się ile jest wart i czy wart tej ceny. Ale czasami ciężko jest ocenić co jest ile warte bo jednak życie może to wszystko tak zweryfikować, że ta wartość znacznie wzrośnie. I proszę mi uwierzyć wiem co mówię . Może to skrajne przypadki ale uważam, że każda sytuacja w Naszym życiu jest po prostu Naszym doświadczeniem i to od Nas zależy jak potoczą się pewne sprawy. A czasami cierpliwość popłaca.
    Co by jednak nie było że mówię bardzo ogólnikowo. Miałam 19 lat gdy urodziłam pierwsze dziecko i przeszło 2 lata stażu w Naszym związku. Wszystko wcześniej było super. Ohy i ahy, motylki w brzuchu itp. Dziecko jednak wystawiło ten związek na na prawdę duża próbę. 3 lata. Tyle trwało Nasze docieranie się. Trzy lata codziennych kłótni, zero Naszej czułości względem siebie, seks tylko kiedy jak to mój mówi było ciśnienie w majtkach. Możecie sobie wyobrazić jak się czułam. Jak bardzo podupadla moja samoocena, jak bardzo cierpiałam walcząc codziennie sama ze sobą by to po prostu zakończyć. Nie widziałam już Naszej wspólnej przyszłości. Nie wierzyłam że coś się wgl kiedyś zmieni, że znowu będziemy razem szczęśliwi, że będzie wspaniała kochająca się rodzina. Na tą chwilę mogę przyznać że ten związek nie był już nic wart. Nawet jako pełnej rodziny bo co za przykład miała moja córka skoro rodzice ciągle się kłócili i nie potrafili nawet ze sobą normalnie rozmawiać. Cierpiałam bardzo. A mimo to moja cierpliwośc została wynagrodzona. Po 3 latach coś się zmieniło. My się zmieniliśmy. Nauczyliśmy się kochać na nowo. Na nowo wszystko odzylo. My zaczęliśmy pracować nad własnymi relacjami. Nawet pojawienie się drugiego dziecka nie zburzylo tego. Mam nawet wrażenie że z dnia na dzień kochamy siebie coraz mocniej i teraz jestem najszczesliwsza na świecie. Aktualnie mamy 9 wspólnych lat…. Gdzie oczywiście 3 były bardzo burzliwe i czasami gdy komuś o tym opowiadam patrzy na.mnie z zaskoczeniem „3 lata??? Jak wy mogliście to przetrwać? Jak mogłaś wytrzymać tyle czasu?”

    • Kazdy sam musi zrozumiec co dla niego jest wazne w zwiazku. Nie mozna za nikogo decydowac I mowic ze trzeba walczyc I poswiecac sie. Kazdy zyje wlasnym zyciem. Tez walczylam, chcialam zeby moje dzieci mialy pelna rodzine. Ciesze sie ze twoj zwiazek przetrwal I twoj wysilek zostal nagrodzony. Moj zwiazek jeszcze oficialnie nie skonczyl sie ale nie ma nadziei. Walczylam 10 lat I cierpliwie czekalam, mialam nadzieje ze kiedys sie polepszy. Niestety, wpadlam w taki dolek psychiczny ze ciezko bylo z niego wyjsc. Teraz mysle ze nie potrzebnie pakowalam sie dalej w zwiazek ktory tylko podcinal moje skrzydla, z wesolej, zawsze usmiechnietej dziewczyny stalam sie cicha, nie pewna, smutna, bez zycia kobieta. Przede wszystkim trzeba walczyc o wlasne wewnetrzne szczescie I jesli jest zle, trzeba zwiazek ocenic na dzisiejszy czas i wziasc pod uwage ile trudu to wszystko kosztowalo. Zycze szczescia wszystkim kobietom, dziewczynom w roznym wieku, wszystkie jestesmy cudowne I zaslugujemy na szczesliwy, pelen milosci I pozadania zwiazek 😚

    • Podziwiam :)
      Naprawdę podziwiam, że po 3 ciężkich latach jeszcze chcieliście ratować związek i że wam się udało. Brakuje takich historii. Historii ludzi, którzy walczą o siebie.
      Bardzo mnie boli, że żyjemy w czasach gdzie ludzie tak często dopuszczają. Jedna kłótnia czy kilka nieporozumień i już koniec, każdy idzie w swoją stronę.
      Ja póki co mam tylko 4 lata stażu w tym 2,5 w małżeństwie i pół roczną córeczkę. I cały ten czas jestem zakochana w moim mężczyźnie. Było kilka trudnych sytuacji, ale razem daliśmy radę ;)
      A teraz przy dziecku chyba nam się zaczął trudny okres, bo często się kłócę z mężem o pierdoły, ale zawsze wieczorem się do niego przytulam i wiem że to moje miejsce na świecie i że jestem szczęśliwa :)

  7. Moje małżeństwo skończyło się
    … walka o swoje życie i siebie samą…trudna ale wychodzę z impasu gdzieś zgubilismy w codzienności siebie …a potem została pustka zagubienie .. nie kochanie drugiej osoby w tym wypadku męża to wystarczający powód do rozstania czy warto utrzymywać taki związek dla dzieci… nie wiem życie za parę lat wystawi mi rachunek ..Ale wiem że dobrze zrobiłam …bo dziś jestem szczęśliwa bo czuję że tu gdzie jestem …otacza mnie spokój i zgoda i akceptacja … samej siebie .

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter