Pensjonat marzeń

4

Uklęknął przy niej, całując jej brzuch, lawirując językiem wokół pępka. Trzymał dłońmi jej pośladki. Język zsuwał się coraz niżej, dłonie torowały drogę do jej najbardziej wrażliwego miejsca. Gdy wilgotny język dotknął pulsującej łechtaczki, Julka krzyknęła. Konrad chwilę smakował ją, najpierw powoli, niepewnie, a potem zachłannie, jakby długo czekał na tę słodycz. Potem zakręcił wodę, okrył Julię wielkim ręcznikiem i zaniósł do sypialni. Niemalże rzucił ją na białą pościel i położył się na niej, całując ją po nagim, jeszcze gdzieniegdzie wilgotnym ciele. Julka odepchnęła go stanowczo i usiadła na nim. Niczym amazonka na koniu zaczęła płynnie poruszać się w rytm tylko im obojgu znanej muzyki.

Magdalena Witkiewicz, Pensjonat marzeń

Pamiętacie może mój tekst na temat książki Szkoła żon? Otóż zaintrygowana waszymi komentarzami, z których większość była zdecydowanie pozytywna, postanowiłam sięgnąć po kontynuację losów Julii, Marty, Michaliny i Jadwigi – i sprawdzić, co też się u nich zmieniło. Obawiałam się oczywiście, że druga część powieści, jak to z drugimi częściami bywa, okaże się przerysowana, nudna lub pisana na siłę, bo autor wyczuł kasę na rynku. Jakże miło się zaskoczyłam! Druga część jest moim zdaniem nawet nieco lepsza od pierwszej, więc jeśli szukacie umilacza na letnie wieczory – to właśnie jeden znalazłyście ;)

Pensjonat marzeń

A teraz wrócę do mojego klucza omawiania powieści wszelakich, który nieco uporządkuje mój seksowny wywód:

O czym jest ta książka?

O dalszych losach bohaterek, które niegdyś poznały się w ekskluzywnym pensjonacie dla kobiet pogubionych we własnym życiu. Julia, która była świeżo po rozwodzie i przeżywała romans męża z sekretarką, obecnie próbuje stworzyć szczęśliwy związek. Marta, która wstydziła się własnej nadwagi, teraz łapie wiatr w żagle i zmienia się w seksowną bestię. Michalina, która stawała na rzęsach, by skoksowany palant pochwalił ją za obciąganie , leczy intensywnie spaczone pojęcie miłości. I wreszcie Jadwiga, moja ulubiona Jadwiga, która po latach znoszenia zdrad męża wreszcie zaczyna walczyć o własne szczęście.

Wszystkie panie, jak to w książkach tego typu bywa, przyjaźnią się i wspierają w najlepszym znaczeniu tego słowa, a przychylny los ponownie krzyżuje ich życiowe ścieżki. Tym razem, dzięki kobiecej sile i determinacji, przemienią podupadły dworek (z romantyczną historią w tle!) w kolejną oazę kobiecości. Nie chcę wam oczywiście zdradzać szczegółów fabularnych, bo jak się domyślacie wątków za dużo tu nie ma, więc powiem tylko, że bohaterki znów skradły moją sympatię. Szczególnie te dwie ulubione, a więc Michalina i Jadwiga :)

Co jest największą zaletą tej książki?

Pisząc o zaletach Szkoły żon wskazywałam na język i konstrukcje bohaterek. Tym razem chcę zwrócić uwagę na coś zupełnie innego. Otóż największą zaletą Pensjonatu marzeń jest moim zdaniem sposób ukazania kobiecości. To, że kobiety potrafią być solidarne, empatyczne, pełne ciepła i zrozumienia dla innych, często obcych kobiet. To, że jeśli spotykasz grubą kobietę to nie mówisz o niej, że „jest obleśna i cię obrzydza” tylko zastanawiasz się co się stało z jej życiem, a potem motywujesz, by zaczęła o siebie walczyć. To, że gdy widzisz młodą dziewczynę, pogubioną w swoich uczuciach to nie mówisz jej „jak przeżyjesz tyle co ja to dopiero pogadamy”, tylko wyznajesz, że też tam byłaś, że wiesz jak to jest i że kiedyś będzie się śmiała ze swoich problemów. To, że gdy widzisz piękną, wysportowaną, świetnie ubraną dziewczyną, która w dodatku ma fajną pracę i tak zwane życiowe sukcesy, to nie syczysz jej „ja mam ważniejsze rzeczy w życiu niż pindrzenie przez lustrem” tylko pytasz jak ona to robi, chcąc zaczerpnąć trochę inspiracji.

Czytanie o kobietach, które się nie oceniają pomimo ewidentnych różnic – a przypomnę, że one różnią się wszystkim: wiekiem, zamożnością, wykształceniem, sytuacją rodzinną, atrakcyjnością czy życiowymi celami – jest balsamem dla wszystkich duszyczek wierzących w siostrzaną siłę sióstr. I to jest dla mnie główną zaletą tej książki.

Drugą, nie mniej ważną, jest płynące z książki przeświadczenie, że nigdy nie jest za późno, by o siebie zawalczyć. Możesz mieć pięćdziesiąt lat i zacząć chodzić na randki. Możesz ważyć sto pięćdziesiąt kilo i rozpocząć skuteczną walkę o piękne, sprężyste ciało. Możesz spotykać w życiu samych dupków i wreszcie trafić na fantastycznego mężczyznę. Możesz być po rozwodzie, zdradzie, depresji i serii nieszczęść, ale to wcale nie znaczy, że wszystko jest już za Tobą. Możesz wszystko, jeśli zechcesz, jeśli uwierzysz w siebie i jeśli zrozumiesz, że życie masz tylko jedno.

Co jest jej największą wadą?

To co zawsze w tego typu książkach: nieustanne deja vu (czy ja nie czytałam już gdzieś czegoś podobnego?), momentami zbyt cukierkowe rozwiązania i tendencja autorki do używania zdań pojedynczych. Nie żebym miała coś do zdań pojedynczych, ale gdy czytałam fragmenty takie jak ten poniżej, to czułam się jak na warsztatach emisji głosu ;)

Jeszcze kilometr. Minutę na maksa, a potem trzydzieści sekund wolniej. Tak najszybciej spala się tłuszcz. Zawsze powtarza to swoim klientkom. A przychodzą różne. Czasem mają słomiany zapał…

ALE. Sięgając po tę książkę doskonale wiedziałam, że nie biorę się za traktat filozoficzny czy książkę w stylu Pamuka, więc nie ma co doszukiwać się na siłę niedociągnięć. Ten gatunek powinien przecież wciągać, wzruszać, bawić i był łatwy do przyswojenia – a te cechy Pensjonat posiada :)

Ile seksu jest w tej książce?

Wszystkie bohaterki mają swoje łóżkowe perypetie, więc seks jest jednym z bohaterów powieści – choć jest to zdecydowanie bohater drugoplanowy. Podobnie jak w pierwszej części sceny łóżkowe pojawiają się regularnie i są napisane ładnym, zgrabnym językiem. Nie ma wulgarności, nie ma perwersji, jest za to sprawne budowanie napięcia, nie tylko orgazmowego – bo każda kobieta, która po randce czekała na smsa, poczuje motylki w brzuchu razem z zarumienioną Jadwigą ;)

I teraz, tradycyjnie, moja subiektywna ocena. Czy warto sięgnąć po Pensjonat marzeń? Jeśli szukacie lekkiej, kobiecej, nieco banalnej, ale też wzruszającej książki, która przywróci wam wiarę w babską przyjaźń, pokaże, że nigdy nie jest za późno na zmiany i pozwoli na chwilę oderwać od codzienności – to warto. Może spojrzycie wówczas na otaczające nas kobiety nieco łaskawszym okiem, a ja nie będę miała co cytować – bo te zgryźliwe komentarze, umieszczone przeze mnie w cudzysłowie, przepisałam słowo w słowo od niektórych z nas ;)

Komentarze4 komentarze

  1. Również polecam i do tego „Pierwsza na liście”, a więcej erotyki z wątkiem kryminalnym to „Mistrz” i druga część „Zemsta” Katarzyny Michalak.

  2. Alicjo, dziękuję za rekomendację książki na urlop, który zaczynam od jutra. Obok opowiadań Munro umili mi czas na wakacjach. :)

    Dziękuję Ci także, że z uporem maniaka przypominasz o tym, jak ważna jest wzajemna motywacja i wsparcie między kobietami. Ostatnio mam okazję być potrzebną pewnej wspaniałej, ciepłej, życzliwej, inteligentnej Kobiecie, mojej przyjaciółce, która zawsze była Aniołem Stróżem dla swoich bliskich, a aktualnie sama stanęła na rozdrożu i potrzebuje wsparcia. Cieszę się, że mogę być jej potrzebna i oddać wszystko to, co sama dostałam od niej przez wszystkie lata naszej znajomości, choć szczerze wolałabym widzieć ją szczęśliwą niż patrzeć na jej cierpienie. Wierzę jednak, że trudności są przejściowe, ból w końcu minie, a za następnym zakrętem czeka na nią szczęście, o jakim nie miała pojęcia.

    Życzę Wam cudownego weekendu!
    Do usłyszenia po urlopie!

    li_lo_84

  3. Wspaniała książka a te erotyczne momenty są nie do opisania-już od samego czytania ma się ochotę na dziki namiętny seks,ojeju jak ja zazdrościłam bohaterkom tej powieści,moje ciało krzyczało że też tak chce !!!

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter