Po czym poznać, że ON już nie kocha?

46

Wiosna to trudny czas. Dni stają się nieznośnie przyjemne, powietrze przynosi zapach marzeń, które były tak blisko, a szczebiot zakochanych par sprawia, że masz ochotę sięgnąć po jakieś mocne wino. Albo dwa. Niby powinnaś się cieszyć, bo wszystko jakoś się układa, ale pustka w sercu boli zbyt mocno, by można było ją czymkolwiek zagłuszyć. Wasz związek jeszcze trwa, choć żyjecie coraz dalej od siebie. Już nawet nie pamiętasz, kiedy po raz ostatni siedzieliście przytuleni i zwyczajnie chłonęliście czas. Nie pamiętasz kwiatków bez okazji, filmów oglądanych do piątej nad ranem, spaceru w deszczu i czułego seksu w dzień. Nie pamiętasz uśmiechu na dzień dobry i cichego kocham na dobranoc. Nie pamiętasz czasu świadomie dzielonego na pół.

Pamiętasz za to dobrze każdy z tych wieczorów, w których on już spał, bo przecież wstaje tak wcześnie, a Ty snułaś się z kąta w kąt, szukając jakiejś odpowiedzi. Przecież jesteście razem od lat. Dzielicie łóżko, rachunki, wspólną drogę do pracy. Kiedyś dzieliliście też każdy kubek kawy, każdy oddech i sny. Coś się zmieniło, coś zgasło. Coś po prostu przestało działać. I jeszcze ta nieznośna wiosna, w której tak bardzo pragniesz zmian. Uratować to – albo się poddać. Zawalczyć – albo dać sobie wolność. Tylko skąd wiedzieć, że to właśnie już?

Po czym poznać, czy ON już nie kocha

Nawet nie wiesz kiedy on przestał Cię rozśmieszać. Dawniej często powtarzałaś, że jest jedyną osobą, przy której zaśmiewasz się do łez. Że rozumie Cię jak nikt inny i gdy tylko masz jakieś smutki, znajduje sekretny sposób, byś zaczęła się szczerze śmiać. Teraz też masz te smutki, ale on się już nimi nie martwi. Drażnią go Twoje zamyślenia, irytują spływające łzy. Gdy płaczesz, słyszysz, że masz przestać, bo w takich warunkach nie da się spokojnie żyć.

Wczoraj przez cały dzień próbowałaś sobie przypomnieć kiedy on był z Ciebie dumny. Kiedy docenił coś sam z siebie, bez wywoływania do tablicy. Tak po prostu, jak kiedyś. Jestem taki dumny, że zdałaś ten egzamin. Zawsze powtarzałem, że jesteś najmądrzejszą laską jaką znam. Kiedy ostatni raz wziął Cię za rękę i próbował wyciągnąć na kolację, bo dałaś radę, bo zasłużyłaś. Kiedy zapytał, czy wszystko u Ciebie w porządku, czy nie jesteś zmęczona i dlaczego wciąż nie śpisz po nocach. Kiedy porozmawiał – i zechciał wysłuchać.

Kiedy przytulił się do Ciebie tak zwyczajnie, jak wtedy, gdy widywaliście się zaledwie dwa razy w tygodniu. Pamiętasz jak wtedy było? Kleił się do Ciebie, narkotyzował zapachem, chłonął niewidzialne pyłki z Twoich włosów, z Twojej skóry, z Twoich stęsknionych ust. Kleił się tak, jak zakochany mężczyzna i uwielbiał to, jak bardzo Ty też się kleiłaś. Teraz przytulanki są tylko stratą czasu, chyba że przytulanką jest włożenie ręki w majtki. Seks tak, pocałunki nie. Oral tak, objęcie ramionami nie. A przecież bez tych ramiona świat nie jest już tym samym światem.

Pamiętasz to uczucie, tuż przed pierwszymi spotkaniami? Szykowałaś się na nie pół dnia, a i tak nie mogłaś opanować rozedrganych emocji. Serce łomotało Ci w piersi, nogi same wiodły o celu, a uśmiech nie chciał zejść z twarzy nawet wtedy, gdy namiętnie poprawiałaś go szminką. Czysty, nieskażony haj. Wkładałaś najlepszą sukienkę i miałaś 99% pewności, że od razu usłyszysz komplement. Że poczujesz się najpiękniejsza. A jak jest teraz? Kiedy ostatnio czułaś, że on jest oczarowany? Kiedy zauważył, że włożyłaś nowe rajstopy albo że musi dziać się coś złego, bo przestałaś malować paznokcie? Kiedy w ogóle poczułaś się widzialna?

Nie chcę Cię buntować, ani sprawić, byś czuła się ofiarą. Po prostu wiem jak to jest, gdy wiosna nie uskrzydla, tylko wpędza w nieuchronną depresję. Wiem jak to jest, gdy zamiast motyli w brzuchu czujesz w duszy same znaki zapytania. Wiem jak to jest – i powiem Ci, że nie warto w tym tkwić.

Kiedyś napisałam Ci, że nie wszystkie związki są idealne, ale nawet te bardzo nadwątlone można nieraz naprawić siłą miłości i dobrej woli. Nieraz nie oznacza jednak zawsze, a naprawianie nie oznacza starań wyłącznie jednej osoby. Tam, gdzie nie ma miłości, nie pomoże nawet wiadro szczerych łez, więc wypij lampkę wina, zrób tyle, ile sama jesteś w stanie i samą siebie zapytaj, czy tak właśnie chcesz przeżyć życie. Bo ono jest zwyczajnie za krótkie na słabą miłość – i słaby seks.

Komentarze46 komentarzy

  1. Jako facet mógłbym napisać coś dokładnie odwrotnego… kobiety też moga się zachowac tak jak opisany wyżej facet, no moze z wyjatkiem wkładania dłoni w majtki, bo tego nie robią nawet.

    • Zaraz padnie odpowiedź: „A co Ty zrobiłeś przez cały dzień…”.

      Kobiety niestety często mają zakodowane, że adoracja jest jednostronna. Niestety nie ma tak łatwo, to działa w dwie strony. Obydwoje muszą się starać.

      Ja już nie kocham… I to jest spowodowane długofalowym ubijaniem tego związku właśnie przez kobietę. Stawianiem dziecka jako karty przetargowej. Napisałem kiedyś długi komentarz pod innym postem na ten temat. Padały odpowiedzi od kobiet, jak to muszę się postarać, pracować nad tym by kobiecie łaskawie się chciało być kobietą…

      Teraz to już się zastanawiam jak odejść by dziecka nie skrzywdzić.

      Pozdro.

      • Wiesz starałem się jak cholera żeby moja pani czuła się kobietą, ale ona nie starała się bym czuł się mężczyzną. I co? Łatwo się domyślić. Zwązek to gra zespołowa i jedna jedna strona może zagrać się na śmierć a i tak przegra. Wlaśnie przegrałem, nie mam już siły dłużej walczyć.
        Ktoś kiedys powiedział mi żeby związek się udał ludzie muszą być wciosani z tego samego kawałka drzewa. Coś w tym jest.

  2. Spisałaś moje myśli, słowo w słowo.
    Właśnie ostatnio myślałam o tym, że ciężko mi przypomnieć sobie kiedy ostatni raz się dzięki niemu śmiałam. Za to bez problemu mogę sobie przypomnieć 10 sytuacji kiedy płakałam…
    Ale mamy półroczne dziecko, więc musimy jakoś żyć.

    • U mnie jest to samo , malutki synek całkowicie zmienił nasze żyżycie. A mówią że dziecko umacnia i uskrzydla małżeństwo… Wcale tak nie jest. Pamiętaj mamy 21 wiek i bycie samotną matką wcale nie jest takim wstydem. Ja sama coraz bardziej sie zastanawiam czy to ma sens po tym co Alicja napisała 😕

      • Ma sens :-) ja też miałam poważne chwilę zwątpienia, ale na szczęście dzieci rosną ;-) a miłość wchodzi wtedy w nowy wymiar, nawet po kilkunastu latach ;-)

      • Hej dziewczyny, jestem w 5 miesiacu ciazy, mamy wspanialy zwiazek i nie jestescie piewszymi ktorym po pojawieniu sie dziecka zwizek zaczal sie psuc :( Gdy rozme osoby informowalam o ciazy to po zlozeniu szczerych gratulacji po cichu niekotrxy mowili -no to uwazaj,wszystko sie zmieni,albo wszystko sie posypie, nie bedzie juz tak rozowo… troche sie o to boje,ale wiem ze nie ma reguly… Alicjo nie macie jeszcze z Drwalem potomstwa,ale moze dzieki wielkiemu doswiadczeniu, wielu otrxymywanych wiadomosciach, jestescie w stanie stworzyc cykl kilku(2-3) tekstow dla par przed u po dziecku? Te wszystkie suche poradniki tak oderwane od zycia nie pomagaja,a wiele fajnych zwiazkow rozpada sie przez dziecko-czyli paradoks na maksa-przez istotke stworzona z milosci i fantastycznego czesto seksu na ktora tyle miesiecy sie czeka…. pozdrawiam

    • Powiem Tobie, ze pierwszy rok- półtora po przyjściu dziecka na świat jest ciężkie i dla mamy i dla taty i dla siebie nawzajem… Myślę, ze albo szczere rozmowy i partnerstwo, albo odczekać chwilę żeby każde wczulo się w sytuację i zeby emocje opadly, ale nikt nie da gwarancji, ze to są złote środki i nie doprowadza do większej ruiny…

    • Kochane tak to jest! Przyjście na świat dziecka, czy to pierwszego czy drugiego czy trzeciego zmienia … WSZYSTKO. I tu nie na co się łudzić, co slodzic… Zmienia i tego nie przeskoczycie! Pierwsze miesiące są bardzo ciężkie, to prawdziwa proba dla Was. Jesli jest milosc to wyjdzie słońce, to wygracie, to w końcu to wszystko się poukłada…ale potrzeba CZASU CHECI I MILOSCI 😊 I tego życzę wszystkim!
      Mam 15letni staz (matko aż staro sie poczułam), 3 dzieci, z czego najmłodszy synek ma 2miesiace i wlasnie taki kolejny kryzysowy czas w małżeństwie. Ale WIEM ze nam się uda. Że to kwestia czasu aż znow bedzie …dobrze…nie jak dawnie…tak juz nie bedzie…bedzie inaczej…pelniej..cudowniej. Po 1synku balam sie ze nie przetrwamy, po 2tez…teraz mam spokój w sercu bo wiem ze po kazdej nocy przychodzi dzien a po burzy spokoj.
      I tego spokoju życzę 😁

      Ps Świetny tekst!

    • Dziecko rzeczywiście bardzo dużo zmienia. Czasem jest mi przykro że nie jest tak jak przedtem, że nie jezdzimy do kina byle kiedy, że nie poleżymy dłużej, nie ma seksu na dzień dobry, albo byle kiedy byle gdzie. Bywało że kochaliśmy się codziennie a teraz zdarza się że przez cały tydzień nie mamy szansy. W pewnym momencie buziaki na dzień dobry zastępuje szturchnięcie z prośbą o wstanie do dziecka, a na sporadyczny (od święta) wypad do kina trzeba ubłagać kogoś z rodziny.
      Ale nic bym nie zmieniła. Dziecko podrośnie, pójdzie do przedszkola, szkoły i będzie więcej czasu. A póki co trzeba poświęcać sobie resztki czasu, uwagi, dużo miłości i doceniać małe gesty, jak choćby przejęcie wielu obowiązków domowych kiedy my, mamuśki uwijamy się przy maluszku.

  3. Łał. Musiałam skomentować po raz pierwszy. Dziękuję Ci Alicjo! W idealnym momencie przeczytałam twój wpis i dał mi on mega powera. Pozdrawiam

  4. A ja spytam: po czym poznac, ze On jeszcze nie kocha?

    Randki kilka razy w tygodniu, mowi, ze chcialby sie zakochac, ze ma wrazenie ze to Ona jest ta jedyna, ta wyjatkowa, ta najlepsza.. Ze chcialby sie kolo Niej budzic codziennie, codziennie Ją dotykac, calowac.. Przedstawia ją znajomym, opowiada o Niej w towarzystwie, planuje wspolne wakacje. Seks boski, cudownie caluje, zabiera Ją na imprezy, Ona przedstawia Go rodzicom, On Ją swoim… Wszyscy dookoła myślą, ze są razem, pytaja o recepte na milosc, na udany zwiazek… A On mowi ze nie sa w zwiazku, ze to nie jest JESZCZE milosc… Ona zawieszona, angazuje sie, chce Go codziennie, a on mowi ze jeszcze Jej nie kocha..

  5. Alicjo, czytając ten wpis popłakałam się… nie wiem czy ze wzruszenia czy gdzieś w środku mnie tak boleśnie dotknął…
    Będąc w 4 letnim związku miałam chwilowe zwątpienia, czy to ciągnąć czy nie, czy ma to sens czy nie… jednak od jakiegoś czasu jest coraz lepiej, znów rozkwitamy, na szczęście za zasługą obojga :)

    Pozdrawiam Was gorąco

    • Gratuluję :) Mój ,pięcioletni związek, właśnie się rozpadł definitywnie…żałuję bardzo, ale wierzę też, że każdy koniec jest równocześnie początkiem :)

  6. a jak brak milosci i to wszystko co opisalas ale za to sex jest zawsze namietny, dziki, szalony i zwariowany? to dopiero jest dylemat :(((((((((((((( a zareczam, ze w zyciu tez tak jest

  7. Czytam Cię Alicjo dosyć regularnie. A jednak dopiero postanowiłam skomentować. Właśnie popłakałam się czytając ten wpis. Jestem w związku już 5 lat. I przez Twój wpis przypomniało mi się jak to było na poczatku. Te przygotowania trwające pół dnia, wypady nad jezioro, przytulanie zawsze i wszędzie, rozmowy do rana, morze wypitego wina i whisky. A teraz mieszkamy ze sobą już pół roku i od jakiegoś czasu chyba nam się nie układa. Ja to widzę ale oj chyba nie. Nie pamiętam kiedy mnie przytulił tak po prostu, powiedział jakiś komplement. Może to proza codziennego życia jakoś Nas dosiegneła. Zawsze sobie obiecywałam że jeśli już z kimś będę to zrobię wszystko żeby nie być jak inne pary. Że zawsze będziemy przytulać się ot tak, kochać namiętnie tak jakby był to pierwszy raz…. A może z czasem każdy tak ma…??

  8. Pamietam jak bylo…nie wiem kiedy sie skonczylo…pierwszy tydzien minal…szkoda zycia na slaba milosc..zal dobrego sexu.

  9. Ja chcialam tylko dodac, ze jednak warto walczyc o zwiazek zwlaszcza jak sie skladalo komus obietnice. Mnie sie udalo po 8 latach stagnacji i od roku jest cudownie. Teraz jak widze , ze cos sie dzieje nie tak to natychmiast lapie partnera za reke i mowie, ze nie wracamy do tego co bylo.Pamietaj , ze cos sobie obiecalismy. Moze jestem staroswiecka ale nie odpuszczajmy tak latwo. I pamietajmy , ze wina za rozpad zwiazku zawsze lezy po obu stronach nawet jak wydaje nam sie, ze tylko my sie staramy.

  10. Alicjo, mocny tekst – aż mi w pięty poszło.. Może wstyd się przyznać, ale zgadam się z Qbą, sytuację bardzo łatwo można odwrócić. W moim związku to ja jestem tą zimną suką, która czasami traci zainteresowanie, którą ciężko zadowolić i która potrafi nieźle zaleźć za skórę. Czy to oznacza, że już nie kocham? Nie. Kocham. Związki po prostu ewoluują. Czasami partnerzy zapominają o zaspokajaniu podstawowych potrzeb ukochanej/ukochanego na rzecz np. komplikującej się sytuacji życiowej, którą starają się jakoś okiełznać, co pochłania całą energię. I jest to do przetrwania pod warunkiem, że mimo zawieruchy partnerzy znajdują chwile raz na jakiś czas, żeby porozmawiać, spędzić wspólnie czas, wyjść – tak jest w naszym przypadku. Mimo złości, wojen i trudności iskrzy dalej. Uczucia dalej płoną i po za swoim złośliwym i nie zawsze wspierającym zachowaniem nie znalazłam więcej podobieństw w Twoim tekście. Jeszcze. Bo nie da się tak funkcjonować na dłuższa metę. Przypomniałaś mi, Alicjo, że jeszcze nie jest za późno i można o to zadbać, że mimo frustracji z powodu sytuacji życiowej jeszcze nie utraciliśmy tego co najważniejsze, ale swoim zaniedbaniem możemy bardzo łatwo do tego doprowadzić. Może się mylę, ale wychodzę z założenia, że za utratę zainteresowania któregoś z partnerów ZAWSZE odpowiadają obie strony. To samonakręcająca się machina – „on o mnie nie dba to ja się nie będę starała”, „ona ma mnie w nosie to niech nie liczy na kwiaty”, „on nie poszedł ze mną do lekarza więc ja nie wyjdę z nim na mecz”. Znam kilka takich związków, które tak funkcjonują, albo już nie istnieją właśnie z takich powodów. Wyjście z takiej spirali jest bardzo trudne. Wiem jedno. Nie chce takiej sytuacji. Pozdrawiam Was gorąco i dziękuję!

    • Droga Iso, nie jesteś jedyna w takiej sytuacji, mi też jest ciężko się do tego przyznać,ale to ja częściej niż ON miewam takie właśnie momenty, kiedy jestem bierna w związku, a co gorsza nawet JEGO starania jakoś mnie nie zachwycają. Nie wiem czy powodem tego jest fakt, że ja pierwsza „postarałam” się o ten związek, ponieważ długo byliśmy tylko przyjaciółmi, którzy świetnie się dogadywali (ale chemia zrobiła swoje), czy może ja jednak już nie potrafię czuć tego, co czułam na początku. Dodatkowo dzieli nas obecnie prawie 700km, co nie ułatwia sprawy, bo każde z nas zaczyna mieć swoich nowych znajomych, dużo obowiązków i brak czasu na przyjazd do drugiej połówki.
      Czuję się strasznie podle z tym jak jest teraz między nami, bo nawet krótki sms ze słowem „Kocham” nie robi już na mnie wrażenia… Z jednej strony chcę walczyć o nasz związek, bo szkoda mi tych 4 lat znajomości, ale nie wiem, czy nie zrobię MU tym większej krzywdy :(

      • Julio, chyba jednak jesteś w trudniejszej sytuacji niż moja. Ja już wiem z czego wynika moja bierność i moje, momentami bardzo negatywne, nastawienie – z moich wyobrażeń na temat własnego życia i związku, które okazało się nie takie jak kiedyś sobie wymarzyłam. Pracuję nad tym i staram się doceniać i dbać o to co mam. Jedyne co Ci mogę podpowiedzieć to to, żebyś nie skupiała się na tym, że szkoda tych 4 lat i tez nie idź tropem, że to Ty starałaś się pierwsza i może to jest przyczyną. Skup się na tym co jest teraz. Zastanów się czego Ci brakuje, gdzie „nie klika”, a co Ci daje ten związek, zastanów się czy to tylko stan przejściowy spowodowany daną sytuacją czy po prostu coś się wypaliło. I czy naprawdę chcesz to naprawiać, bo uważasz, że ma to sens czy jednak sama doskonale wiesz, że to nie ma prawa się udać.
        Uważam, że nikt nie powinien Ci sugerować czy powinnaś zakończyć związek czy nie. Powinnaś podjąć decyzje taką jak czujesz, ale nie skupiając się na przeszłości, poświęconych latach itd. tylko będąc tu i teraz.

  11. Niestety, mimo że my kobiety nie często to robimy muszę przyznać racje i się zgodzić z Qba…. faceci owszem z czasem przestają robić te wszystkie rzeczy…Ale z czystym sumieniem czy któraś może powiedzieć że ona sama zachowuje się tak jak kiedyś? Większość z Nas również nie robi tego wszystkiego co kiedyś…a więc wszystko idzie w dwie strony…myślę że kiedy oni zobaczą iz może być jeszczs pięknie sami zaczna sie starać…może….Ale myślę ze warto spróbować bo w końcu kto nie ryzykuje ten nie pije szampana…jeżeli to prawdziwa miłość to trzeba wierzyć że właśnie tak będzie.

  12. U mnie jest właśnie tak jak napisalas :( Niby mój narzeczony mnie kocha-niby bo tylko to mówi,a nie okazuje :( 6 lat związku właśnie szlag trafia ;(

  13. Alicjo,
    bardzo mądry wpis! Wiesz, ile lat byłam w związku, w którym uczucie było wyłącznie jednostronne? Prawie 14. Mój były mąż kochał trudno powiedzieć, co, seks z nim to było nudne odprawienie małżeńskiego obowiązku w jednej pozycji, w dodatku takiej, która absolutnie nie sprawiała żadnej przyjemności i czekałam, aż wreszcie dojdzie i da mi spokój. Zmarnowałam najlepsze lata swojego życia na bycie z człowiekiem, który nie był mnie wart. Jedyna wartość z bycia z nim to moja Antosia, którą kocham nad życie i która jest moją iskierką, promyczkiem.

    Dopiero obecny związek z dojrzałym facetem, który daje z siebie dokładnie tyle samo, ile daję ja, oparty na wzajemności i naprawdę zajebistym seksie, pokazał mi oblicze dojrzałego związku, w którym jest czas zarówno na zabawę, ale też na poważniejsze sprawy. Facet jest starszy ode mnie o 3 lata, nie wstydzę się z nim rozmawiać o wszystkim (w przeciwieństwie do byłego), mamy wspólne pasje. Wreszcie czuję, że się w jakiś sposób uzupełniam z drugim człowiekiem, że ta druga strona o mnie dba i motywujemy się wzajemnie, a nie, jak w przypadku byłego, ja byłam atomem ciągnącym w górę, on ewentualnie toczyłby się po równi pochyłej.

  14. A gdy próbujesz rozmawiać,naprawać,on warczy-o co ci znowu chodzi? Co ty wydziwiasz,przeciez sie nie klócimy… Yhm. Przerabialam to,dlatego sie rozwiodlam i jesztem teraz w szczesliwym zwiazku :-)

  15. Przechodziłem przez to zeszłej wiosny ciągle się łudząc, że jakoś to może będzie. Nie było. Teraz papiery leżą w sądzie, a mężczyzna z którym byłam prawie połowę mojego życia, chciałby się że mną rozwieźć najlepiej wczoraj.

  16. Niestety, rozstalabym się nawet teraz ale dwulatek i brak perspektyw na poradzenie sobie w pojedynke uzależnia mnie od niego. Zostaje tylko depresja i sztuczny usmiech dla syna….patrzac w okno i liczyć uciekajace zmarnowane lata zycia.

  17. U mnie małżeństwo umierało przez dwa lata. On wiedział, bo zdradzał mnie z moją przyjaciółką, a ja oszukiwana przez dwoje najbliższych mi ludzi tkwiłam w zludzeniach, do czasu kiedy prawda wyszła na jaw. Musiałam zdecydować co dalej: rozstanie bo wszystko skończone, czy walka o nas? Najpierw w emocjach zażądałam, żeby odszedł od nas. Potem postanowiłam spróbować czy się nie uda tego poskładać, skoro prosił o wybaczenie i chciał naprawić błąd. Pomyślałam, że zawsze zdążę go wyrzucić, jeśli nie uda nam się pozbierać tego. Udało się. Tylko tu była obustronne determinacja i jasne zasady. Warto czasem powalczyć.

  18. Jak sprawić, żeby mężczyzna się w końcu zakochał, co zrobić wątpie czy jest na to jakaś rada, kiedy kobieta się stara a on to widzi i cóż.. Co on biedny może zrobić jak nie czuje miłosci a może nie wie czym ona jest i jak się przeradza? Przecież nigdy nie kochamy tak samo bedac w zwiazku nie kochalam bylego faceta męża tak samo jak innego partnera ech …i napewno kobiety wiedza co mam na myśli wiec pytanie brzmi jak mu zasygerowac co zrobuc zeby zrozumial ze to jednak milosc…

  19. Aż się popłakałam. Tez długo się zastanawiałam nad rozstaniem. Córka miała wtedy prawie 3 lata. Od zawsze zdradzał! Przed ślubem jak i po. Ale jak się dowiedziałam o kolejnej kochance, mój mąż na pytanie czy ma kogoś zawsze mówił prawdę, że kogoś ma ale ona nic dla niego nie znaczy, ruszylam jakbym dostała jakiegoś kopa i wyrzucalam jego rzeczy z szafy. Przez niego jestem strasznie zakopmleksiona i chociaż chcialabym poznać kogoś ciągle słyszę jak zawsze mi powtarzał „A kto by Cię chciał” :(

  20. Opowiem wam swoją historię…
    Jestem 24-latką będącą w dwuletnim związku na odległość. Poznaliśmy się z M. przez internet. Od początku rozmów zauroczyliśmy się w swoich charakterach, dodatkowo ja w jego wyglądzie a on w moim nie do końca.
    Gdy doszło do spotkania wciąż nie czułam się atrakcyjna w jego oczach, ale czułam, że skoro chce dalej utrzymywać naszą relację i budować związek to po prostu nie daje mi odczuć bo nie potrafi , że mój wygląd go oczarowuje tak jak charakter.
    Z miesiąca na miesiąc popadałam w jeszcze większe kompleksy z racji tego, że nigdy nie powiedział mi, że jestem piękna odnośnie wyglądu ( na początku związku powiedział może z DWA razy odnośnie duszy).
    Przez półtora roku starałam się dla niego, zawsze byłam wystrojona, robiłam wszystko by chociaż dojrzeć błysk w jego oku czy usłyszeć drobny niewymuszony komplement. Oczywiście nigdy nic takiego nie miało miejsca. Zaczęłam dawać mu do zrozumienia, że potrzebuję potwierdzenia atrakcyjności i to,że mu się podobam i mnie pożąda. Wciąż to nie skutkowało. Zaczęłam wzbudzać w nim zazdrość ale nadaremnie. Nie doceniał mnie w żaden sposób. Próbowałam z nim zrywać wielokrotnie, natomiast zawsze słyszałam, że mnie kocha itp. Wpływał na mnie emocjonalnie, dlatego zawsze zmieniałam zdanie po czasie mimo tego, że nie czułam się szczęśliwa. O seksie nawet nie wspomnę bo nie ma o czym mówić…
    Od pół roku już się dla niego nie staram. Przytyłam pomimo zapału do sportu co M. lubi mi wytykać tu i ówdzie. Seks był zawsze fatalny bo nie mogłam poczuć się seksownie w jego ramionach a ostatnio nawet go nie uprawiamy bo już ewidentnie się nie pożądamy.

    Czy myślicie, że nasze relacje mają jeszcze szansę się zmienić nawet jeżeli wypięknieje? A z drugiej strony jeżeli On był taki od początku to po prostu tylko mnie kocha i akceptuje taką jaka jestem ale nie widzi we mnie atrakcyjnej laski i nie zobaczy już nigdy?

    I ostatnie pytanie, czy jeżeli łączą nas resztki miłości to dalej w to brnąć czy może nie warto tracić już dłużej czasu a poszukać faceta dzięki któremu odrosną mi skrzydła? Czy ma ktoś może zbliżoną sytuację?

    Pozdrawiam wszystkich gorąco :)

    • Kochana Przytulanko,

      Tak mi szkoda dziewczyn, które nie zdaja sobie sprawy, a nie moga przecież, bo w ich wieku też wydawałoby mi sie że taki zwiazek jak opisujesz jest sens jeszcze ratować, tylko dlatego ze jakiś ktoś twierdzi że kocha. Gdybym byla w Twoim wieku, a jestem tylko 7 lat starsza, nie namyslałabym sie ani chwili nad sensem tego związku. Jesteś jeszcze naprawde ale to naprawdę bardzo młodziutka, bez małżeńsko-rodzinnych zobowiazań i możesz a nawet powinnaś, tak właśnie bo od tego zależy Twoje przyszłe życie, poczekać aż pojawi sie ktoś przy kim nie bedziesz miała dylematów, o ktorych piszesz. Uwierz mi każda kobieta zasługuje na mężczyzne, przy którym poczuje sie jak ta cudowna, najpiękniejsza i jedyna. Jeśli chciałabys cos zmienic w swoim wygladzie to nie zastanawiaj sie tylko zacznij dbać o swoje zdrowie, sylwetke, formę, cere, włosy, ale by to poskutkowało dla płci przeciwnej rób to przede wszystkim dla samej siebie, dla własnego zdrowia, komfortu psychicznego, dla własnej satysfakcji. Jeśli bedziesz chciała „wypięknieć” tylko po to by zrobić wrażenie na mężczyznie i wreszcie usłyszeć z jego strony komplementy to jest to fałszywa droga, ponieważ wtedy uzależniasz swoje poczucie wartości od reakcji tej drugiej osoby. Wiekszość młodych dziewczyn, a mam na myśli nie tylko nastolatki ale przede wszystkim kobietki w wieku dwadzieścia plus, które jeszcze nie wypracowały sobie niezależnego poczucia wartości, przeglada sie w męskich spojrzeniach szukajac tylko i tylko tam potwierdzenia swojej atrakcyjności. A to jest ogromny bład. Wypracowanie poczucia bycia wartościowa i atrakcyjna to proces niełatwy i wymagajacy od nas kobiet konsekwencji, ale z drugiej strony jeden z najpiękniejszych prezentów jakie możemy sobie same podarować we własnym życiu. Zasada jednak jest jest tutaj żelazna- zatroszcz sie o własny wyglad, dobre samopoczucie psychiczne i zdrowie dla siebie samej jak o najlepszego i najukochańszego przyjaciela. Kiedy zaczna następować pozytywne zmiany w Twoim wizerunku i psychice to usłyszenie komplementów bedzie tylko „skutkiem ubocznym”:-)

      • Dziękuję Ci Pistacjo :) Popłakałam się czytając Twój wpis. Też mam 24 lata i jestem w związku na odległość. Twoje słowa dały mi motywację i poczucie, że nic jeszcze straconego. Mam dosyć ciężką przeszłość, poradziłam sobie jako tako ale dopiero 2 lata temu zaczęłam tak naprawdę żyć. Ciągle muszę walczyć z negatywnymi myślami i swoją samooceną. Dziękuję bo dodałaś mi otuchy, że ciągle jeszcze wszystko przede mną :)

        • Droga Karolu,

          ależ oczywiście, że wszystko ale absolutnie wszystko w relacjach damsko-męskich jest jeszcze przed Toba! I uwierz mi Twoje watpliwości co do tego i myślenie „może nie wszystko jeszcze stracone” wobec jakiegoś średniego chłopa wydadza Ci sie za kilka czy kilkanaście lat wręcz komiczne ;) I będziesz tylko żałować straconego czasu przy nieodpowiednim człowieku. To, że zbliżasz się wiekiem do chyba jakiejs magicznej w oczach kobiet 25 nie oznacza że masz nagle wpadać w popłoch i myśleć ze wszystko stracone, bo nie masz z kim planować wesela. Sama przekroczyłam tylko ciut trzydziestkę, ale co ja bym dała żeby z obecnym rozumem cofnać sie znów do 25 lat. Skoncentruj się na relacji samej ze soba, na zaakceptowaniu trudnej przeszłości i szukaniu oraz rozwijaniu własnych pasji i talentów, bo z doświadczenia wiem, że osoby z bagażem trudnej przeszłości sa najczęściej jednocześnie wyposażone w wiele pięknych i cudownych cech, które ciężko zobaczyć w innych ludziach. Pozdrawiam Cie ciepło!

      • Przechodzę przez „żałobę” po zakończeniu związku, który trwał 13 lat… Jestem emocjonalnym wrakiem człowieka. Od rozstania minęły 3 miesiące. Pierwszy miesiąc to była jakaś masakra- ciągle płakałam, nie jadłam, nie spałam, zawaliłam pracę, nie byłam w stanie ogarnąć codzienności. Wraz z partnerem straciłam też dach nad głową, nasze wspólne psy i środki, które inwestowałam w jego mieszkanie, które wiele lat było naszym wspólnym domem. To brzmi, jakbym była jakąś potworną materialistką, ale w takich okolicznościach taki fakt też cholernie boli. W drugim miesiącu jakoś zaczęłam się zbierać, teraz jest trzeci miesiąc, przyszła wiosna, a do mnie jakby to wszystko trafiło na nowo- nie mogę normalnie funkcjonować, ciągle płaczę i myślę o nim. O tym, co robi, jak mu jest, dlaczego to się stało. Czy rzeczywiście jestem takim potworem, że musiał odejść. Czy zrobiłam wszystko, żeby związek uratować. Dlaczego to się stało. Nie mogę się z tym pogodzić.
        Miał być ślub, dziecko było w drodze, świeżo zakończony remont kuchni. Wiadomo, że między nami było różnie- było i cudownie, i były kłótnie, jak to w życiu, nie ma przecież idealnych związków. Przeszliśmy razem wiele- ciężkie czasy, wręcz biedę, bezrobocie, trudny „dorabiania się”, choroby i śmierć bliskich nam osób, ale zawsze udawało nam się wyjść z kryzysów.
        Dwa miesiące przed zaplanowanym ślubem partner oznajmił mi, że się zakochał w koleżance z pracy. Nie będę wchodzić w szczegóły całej historii, bo musiałabym tu napisać wypracowanie o objętości encyklopedii, ale po krótce opowiem, że przez miesiąc próbowałam go przekonać, że nie warto niszczyć naszego „my”- tych wspólnych lat, planów, marzeń. Żeby się opamiętał, że przecież tą dziewczynę ledwo zna (znaj się z imprez firmowych i wyjazdów integracyjnych, w sumie widzieli się z 10 razy). Oczywiście dowiedziałam się jaka to jestem beznadziejna, nasz związek beznadziejny i tak dalej. Że nuda, rutyna, wypalenie. Ale wtedy myślałam, że są to takie błahe powody, że nie warto dla nich kończyć związku, że można wszystko uratować, jeżeli oboje się postaramy. Że daliśmy się po prostu ponieść codzienności, zatraciliśmy się oboje w pracy i walce o lepszy byt, że siebie straciliśmy z oczu.
        Jednak mój kochany uważał inaczej, ale żeby nie było, że on się nie starał – zrobił coś na kształt castingu- siadał sobie i rozważał, która z nas jest lepsza, ma bardziej odpowiadające mu cechy charakteru i wyglądu. Raz deklarował, że chce ze mną być, że mnie kocha i nie wyobraża sobie beze mnie życia, że przecież ja jestem jego całym światem i życiem a po 2-3 dniach totalnie zmieniał zdanie na że to nie ma sensu, nie ma czego ratować, że ta jego „przyjaciółka” jest taka wspaniała, cudowna, delikatna, że tak dobrze mu się z nią rozmawia, że nigdy się tak nie czuł. W czasie dni, kiedy był „na tak” na mnie, zabrał mnie raz na kolację i uznał, że o wystarczający dowód na to, że mu zależy. Kontaktu z nią nie zamierzał zrywać, „bo będzie jej przykro, nie może jej zranić”. Nawet pojechał do miasta, w którym ona mieszka, żeby się z nią zobaczyć, potem mi opowiadał, że podczas tego spotkania całowali się i że nie mogę mieć o to do niego pretensji, bo on jest dorosły i ona też i że mogą robić co chcą.
        Byłam w takim stanie, że byłam gotowa zgodzić się na wszystko, byleby tylko ze mną został. Nawet, jakby mi kazał sobie obie nogi odrąbać. W pewnej chwili dopiero zorientowałam się, że nie jestem w stanie spełnić wszystkich jego żądań- zmienić o 180 stopni swój charakter, zrezygnować ze wszystkiego co kocham i tolerować, że on i tak będzie się z nią spotykał, bo przecież razem pracują. Nie zmienię się też naglę w bujnowłosą modelkę o nieskazitelnej skórze (argumenty odnośnie wyglądu użyte przeciw mnie- mam za szerokie biodra i w ogóle figurę nie taką, rozstępy oraz krótkie i za rzadkie włosy oraz styl do kitu). Dowiedziałam się jaka jestem nudna, mało spontaniczna, ograniczona, wredna i jędzowata. Zaczęłam w pewnej chwili szukać nawet mieszkania, bo przestałam widzieć nadzieję na ratunek.
        Przeszukiwał mi telefon i komputer, kazał się potem spowiadać, do kogo dzwoniłam i dlaczego, dlaczego takie a nie inne strony w necie przeglądam, że jestem taka durna, bo się naczytam głupot w internecie.
        O tym, że mam się wyprowadzić poinformował mnie przez telefon. Zabrałam rzeczy. Potem powiedział, że jestem głupia, że mogłam zostać, bo „on mnie w cale nie wyrzucał, jakbym sobie tak mieszkała z nim jeszcze ze 2-3 tygodnie, on by sobie tak na mnie popatrzył to może by zdanie zmienił”. Potem, że to wszystko moja wina, bo ja byłam… (i tu znów lista moich wszelkich przewinień), że od dawna się ze mną męczył i że nie jestem kobietą, której on potrzebuje. Że nie chce mieć związku z etykietą „po przejściach”, ale woli sobie zacząć nowe życie z młodszą kobietą, którą „on sobie ulepi tak, żeby jemu pasowała”. Nie będzie się dalej męczył, pracował nad sobą (bo on nie ma sobie nic do zarzucenia, on nie zrobił przecież nic złego), nad związkiem, bo i tak się nie uda. Że nie zostanie ze mną ze względu na dziecko, że mam sobie zrobić „z tym”, co uważam za stosowne (ostatecznie ze stresu i wyczerpania i tak poroniłam). I jeszcze że jestem materialistką, pragmatyczką i egoistką, bo przy rozstaniu zażądałam podziału wspólnie kupionych rzeczy.
        Potem jeszcze wydzwaniał w nocy, że siedzi w pustym mieszkaniu, że nie ma mnie, że on nie wie, jak będzie dalej żył, że mnie kocha i tak dalej. Myślałam, że się ocknął, że uda nam się uratować nasz związek. Rano już było inaczej- twierdził, że oczywiście kocha mnie, ale nie może ze mną być, bo za dużo złego się już stało, że on się zaangażował już w relację z tamtą i ona na niego czeka. Co więcej – ona była cały czas zaangażowana w nasze rozstanie, w tą walkę, zwierzał jej się i pytał, co ma robić (!).
        Jestem wrakiem człowieka, nie mogę się pozbierać. Nie widzę teraz sensu niczego – życia, dbania o siebie, wychodzenia z domu. Wychodzę ze znajomymi, na koncerty, wystawy, do kina, ale zwykle kończy się to płaczem w kiblu albo w drodze do domu, bo ciągle myślę o tym, że mogłabym to robić z nim. Albo że mogłabym być w domu z nim.
        Nie mam totalnie ochoty spotykać się z innymi facetami, mam ich dość na wieki. Nie zapomnę go nigdy, innemu już nie zaufam ani nie pokocham. Nie potrafię. Temu oddałam całą siebie. Czuję się nic nie warta, brzydka, ciągle tylko oglądam te włosy, które mi wypomniał, już nawet chciałam się na łyso ogolić.
        Wyrzuciłam zdjęcia, pamiątki, prezenty. Nie mogę się jeszcze przemóc przed pozbyciem się pierścionka zaręczynowego.
        Dostrzegłam rzeczy, które były złe między nami, co powinniśmy zmienić już dawno, ale olaliśmy to, bo brak czasu, ciągła pogoń za wszystkim. Ale mimo wszystko boli to, że on nie chciał zawalczyć, że wybrał tą łatwiejszą drogę, wymienił mnie „na lepszy model” jakbym była pralką. Zdradził (dla mnie to, co zrobił to zdrada emocjonalna). A ja uważałam, że on i nasz związek są warte każdego poświęcenia. Ja dawno temu, żeby go zadowolić rezygnowałam ze swoich zainteresowań, dalszej nauki, ograniczyłam kontakty z rodziną i znajomymi, bo według niego poświęcałam na to za dużo czasu albo było to głupie. Choć nigdy nie czułam się przy nim piękna (zawsze było coś do poprawy), kochana czy zwyczajnie fajna (wciąż mnie za wszystko krytykował), skończył mi się świat. Nie mogę się z tym pogodzić. Kocham go nadal i nie mogę normalnie żyć. Nawet głupi program w tv, który oglądaliśmy wspólnie doprowadza mnie do płaczu. Jadąc do pracy codziennie przejeżdżam niedaleko jego domu, codziennie rano płaczę. Wszystkie samochody w kolorze niebieskim (jak jego) doprowadzają mnie do histerii. Tak samo, jak ludzie z psami (zostały u niego nasze wspólne psy i nie chce mi ich oddać) czy kobiety z dziećmi w wózku albo wystawa sukien ślubnych.
        Boli mnie też to, że on mnie tak szybko wymazał ze swojego życia, jakbyśmy znali się tydzień, ani byli ze sobą 13 lat. Musiałam niemal błagać o oddanie reszty moich rzeczy. Wmawiał mi, że tak strasznie cierpiał po mojej wyprowadzce, a wiem, że po niecałych 2 tygodniach już z tą nową był na romantycznym wypadzie w góry (mi zarzucał, że przeze mnie nigdzie nie wyjeżdżamy i nie wychodzimy, ale wszelkie moje pomysły sam torpedował lub nie robił nic w tym kierunku, żeby cokolwiek zrealizować albo mówił, że nie, bo on nie może wziąć urlopu). Boli, że teraz dla niej skłonny jest wziąć urlop na wyjazd, albo wyjść gdzieś, a ja nie byłam warta poświęcania mi czasu w ten sposób. Nawet do kina chodziliśmy 3 raz w roku. I zazwyczaj na filmy, które on chciał. Jak chciałam iść na film/koncert/ cokolwiek innego, co interesowało mnie, to musiałam iść sama albo z koleżanką. Czuję się jak śmieć. Raz, że mnie zostawił po tylu latach, dwa- że ja i nasze związek nie byliśmy dla niego warci tej walki, trzy – że ona jest teraz warta wszystkiego, nie szczędzi na nią czasu ani hajsu.
        Czy to kiedyś minie? W tej chwili mam w głowie obraz siebie jako zaniedbanej samotnej kobiety ze stadem kotów, siedzącej w zasyfionym mieszkaniu, w dresie, zgorzkniałej. Nie wiem, czy kiedykolwiek będę w stanie komuś innemu zaufać, kogoś innego pokochać. Czy znajdę w sobie siłę i chęć na chodzenie na randki, na rozwijanie znajomości, pracę nad związkiem i czekanie „czy coś z tego będzie”. Zresztą skoro jestem taka beznadziejna i nudna (brzydka i z problemami zdrowotnymi i coś tam jeszcze), to kto mnie będzie chciał.

        • związałaś się z psychopatą, kto robi casting , ktora lepsza?
          Miałem kiedyś dziewczynę, szanowałem ją, pomagałem we wszystkim, kiedy wpadła w kłopoty finansowe to pomoglem. Kiedy mnie sie powinela noga to dziewczyna mnie rzuciła, wtedy zrozumiałem ze nie było milosci miedzy nami, był interes taki zakochany głupek, im szybciej to zaakceptujesz tym lepiej. Nie mam do niej pretensji, są po prostu różni ludzie, trzeba żyć dalej, dbać o siebie a nie użalać się nad sobą, bo ten Twój były, widząc cie w opłakanym stanie, będzie czuł chorą satysfakcję, a to nie o to chodzi, ma czuć zazdrośc że stracił fajną laskę ;) Średnio wierzę w miłośc po grobową deskę, za to wierzę w siebie, że mogę się rozwijac biznesowo, moge dbać o swój wygląd, rozwijać umiejętności, pasje. To sprawia że czujemy się atrakcyjni dla siebie I dla innych, a to wreszcie sprawi że przyciągniemy do siebie kogoś wartościowego, kto sprawi że życie stanie się pelniejsze.

        • Droga Ago,
          wiem, ze cokolwiek bym teraz nie napisała i tak nie postawi Cie na nogi. Żadne „czas leczy rany” ani „czego oczy nie widzą” nic tu nie da. Prościej będzie jak opowiem Tobie swoją historię.
          Tez byłam długo w związku. Pierwszy raz moje rozstanie trwało kilka miesięcy. Umierało powoli wszystko: gesty, słowa i na końcu wspólny czas. Bolało? Tak, cholernie. 10 lat, a ja rozstawałam sie w centrum handlowym przy kawie z McDonalda. Odeszłam od stołu, odprawiona z kwitkiem, tez usłyszałam jaka to wstrętna i jędzowata nie jestem i ze czeka go lepsze życie. Wiedziałam podświadomie, ze ktoś juz tam jest, ale jako osobnik z rodziny tchórzowatych nie pytałam – bałam sie kolejnego kolka w sercu, a niewiedza tworzyła mi jakiś złudny obraz, ze nie było tej drugiej. I tak wszystko pięknie skończyło sie w listopadzie, po tej rozmowie, każdy odszedł w swoją stronę. Łudziłam sie, ze wróci, koleżanki zabierały mi tel, żebym czasem po wypiciu większej ilości wina nie wydzwaniała z błaganiem o litość. Minęło kilka miesięcy, fatalnych… Zero radości z życia, wszędzie wydawało mi sie, ze widzę same pary. Umawiałam sie z innymi facetami, ale tylko dla zabicia czasu. I pewnego dnia to on sie odezwał. Ze tęskni, ze kocha. Ze chce wrócić i zacząć na nowo. I co? Tak, GŁUPIA ja zgodziłam sie! Było dobrze przez kilka miesięcy. Potem wrócił schemat z poprzedniego razu… „Koleżanki”, powroty o 3 nad ranem… To nie dla mnie. To nie miłość. Nie bierz pod uwagę powrotów. One zabijają Twoja samoocenę i uczucie, bo wierze, ze pojawi sie na Twojej drodze ktoś kto zasłuży chociażby na Twoj uśmiech :). Wiem, ze boli, wiem, ze sie porównujesz do tamtej kobiety. Ja tez to robiłam. To było piekło, które sama sobie zgotowalam. I wiesz co? W moim przypadku ta dziewczyna, ktora przyczyniła sie do mojego pierwszego rozstania, tez sie odezwała. I gratulowała mi 10 letniej cierpliwości :) bo ona uciekła sama, dlaczego nie wiem. A moze wiem… :)
          Myśl o sobie. To ze sobą spędzisz na pewno resztę życia, a dobrze je spędzić z kimś fajnym ;).

    • Przytulanko, powiem Ci, że nie warto. Uciekaj od niego jak najdalej. Jeśli mężczyzna Cię nie akceptuje to nie jest miłość. Masz 24lata i jeszcze całe życie szczęścia z facetem, który będzie Cię uszczęśliwiał. Znajdzie Cię taki i wtedy zrozumiesz, że szkoda było Twojego czasu na kogoś kto wpędzał Cię w kompleksy. Trzymam kciuki :-*

      • Dziękuję Dziewczyny za złote rady :) Najgorsze jest to, że inni faceci widzą w nas piękne Kobiety a Ten który niby darzy nas uczuciem już nie. Taki związkowy absurd.
        Pozdrawiam was i na pewno wezmę sobie to do serca :)

  21. Ja to ogólnie Wam dziewczyny zazdroszczę. Ja to nawet nie mam kogo kochać, troszczyć się o kogo. Nie wiem, czy do tej pory jeszcze po prostu nie miałam szczęścia, czy po prostu tak już zostanie, że dalej będę sama. Dookoła zakochane pary, znajomi już dawno w związkach a ja jeszcze nigdy nikogo nie miałam. I tak pooli zaczynam się zastanawiać, co ze mną nie tak.

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter