Po prostu odejdź…

13

Świat nam dostarcza wielu inspiracji do tekstów. Opowiem wam dzięki temu dwie historyjki jakie zdarzyły nam się ostatnio, gdy bywaliśmy gdzieś z Alicją…

Bo muszę wam powiedzieć, że nie tylko ja zabieram gdzieś Alicję – zdarza się całkiem często, że to ona zabiera mnie. I tak było tym razem. Alicja wyciągnęła mnie na luźny wieczorny pokaz filmowy pod chmurkami. Trafiliśmy tam tuż przed seansem i było jeszcze całkiem sporo wolnych miejsc. Było tam z 30-40 osób, w sumie czego się można spodziewać po darmowych pokazach filmów z drugiego końca świata… może tego że np. w czasie pokazu może spaść deszcz? Bo właściwie deszcz, ten oczekiwany, stał się w pewnym sensie głównym aktorem, a przynajmniej poważnym wprowadzeniem do kulminacji tego wieczoru.

Gwoździem programu, przynajmniej w mojej opinii była trochę starsza para, chyba nawet małżeństwo. Aktorzy zdecydowanie pierwszoplanowi – swoje przedstawienie zaczęli od zapowiedzianego deszczu, który jakimś cudem w czasie letniej gwiaździstej nocy, przy zupełnie czystym niebie, nie chciał się skusić na choćby jedną kropelkę. Ale do rzeczy… a historia wyglądała tak:

Usiedliśmy lekko na uboczu, żeby w przypadku, gdy seans okaże się nudny móc z łatwością opuścić to miejsce nie przeszkadzając nikomu. Wcześniej zamówione soczki stały przy naszych leżakach, a ja przysunąłem swój leżak do Alicji najbliżej jak się dało… Ona siedziała w swoim kapeluszu dziobiąc mnie zabawnie w głowę za każdym razem, gdy nachylała się aby wyszeptać mi coś do ucha, zapominając przy tym, że ma coś na głowie… czekaliśmy kilka chwil i seans się zaczął…

Po prostu odejdź

Wtedy na scenę miedzy ekranem a naszymi leżakami weszli wcześniej wspomniani główni aktorzy. Ona w prostej jasnej sukience w stylu lat 50-tych (na ile potrafię to ocenić), on za to w garniturze i krawacie. Wyglądali na swój sposób ekstrawagancko, ale nie aż tak bardzo, żeby szokować. Na leżakach siedziało kilka wystrojonych par, kilka osób miało jasne koszule i marynarki, więc można powiedzieć, że prawie wpisywali się w konwencję. Dali się jednak poznać od zupełnie innej strony. Już na dzień dobry (właściwie dobry wieczór) pan starszy zarządził do swojej partnerki „Helena! Przygotuj parasole, bo może padać!” (Pani miała inne imię, pozwoliłem sobie je zmienić…) Pani Helena posłusznie przygotowała parasole co sprowadzało się do ich rozstawienia. To jednak było za mało. „Helena, matko boska, sprawdź czy się nie zacinają! Przecież wiesz, że ten czarny czasami się zacina!” itd. Generalnie Pani Helena dostała reprymendę jak to nieuważnie dba o parasole w przypadku ryzyka wystąpienia cudu atmosferycznego w postaci opadu deszczu z czystego bezchmurnego nieba…

Dalej było już tylko gorzej. Pani Helena była zaciekawiona filmami i sporadycznie półgłosem komentowała to co widziała na ekranie. Jej partner nie omieszkał skomentować jej każde słowo, wytykając jej pomyłki lub gadając zupełne bzdury i deprecjonując jej obserwacje i osobiste odkrycia. A robił to w taki sposób, aby słyszały to wszystkie osoby wokół. On był tu najważniejszy, najmądrzejszy i on był głównym aktorem. W czasie przerwy pomiędzy seansami, oboje się podnieśli i poszli do baru. W tym czasie wspomniany aktor dał swój koncertowy popis. Komentował każdy ruch Pani Heleny. Kazał uważać jej na swój tyłek, żeby nie powylewała drinków innych osób przechodząc obok. Gdy przy barze czegoś nie wiedziała – prawdopodobnie nie mogła się zdecydować.. rozdarł się na nią jaka jest głupia i jak to wszystko musi za nią robić. Gdy próbowała coś powiedzieć, warczał na nią z wyższością… Oszczędzę wam jednak tych przykrych cytatów.

Filmy jak filmy… widziałem lepsze, ale nasi aktorzy dali mi dużo do myślenia… To było przykre doświadczenie. Nie pierwsze i zapewne nie ostatnie, ale zawsze jest przykro obserwować taką relację. Gdy jedna osoba traktuję tę druga jako formę tła, na którym staje się lepszą w swoim własnym rozumieniu. Jednak na zewnątrz wygląda to co najmniej groteskowo. Można współczuć Pani Helenie, ale nadal nie wyjaśnia to jej uległości i tego beznamiętnego znoszenia publicznego poniżania…

A druga historia wydarzyła się dziś. Uciekliśmy sobie z nudnej imprezy, a że w ucieczkach z imprez mamy doświadczenie szerokie, nie był to nawet wyczyn godny wzmianki. Ot spojrzenie, uśmiech, Alicja idzie do toalety, kilka minut później ja wychodzę rozprostować nogi. Spotykamy się w holu, gościom „na fajce” mówimy, że idziemy na szybki spacerek… – i tyle nas tam było.

Słońce zaczęło wychodzić, zrobiło się przyjemnie ciepło, wręcz gorąco, więc po drodze zaszliśmy sobie do jednego z ulubionych barów na szybkiego szota. Trochę zbyt eleganccy, garsonowi krawatowi… na szczęście wódce nie przeszkadza to czy pijesz ją w garniturze, czy tylko t-shircie. Musieliśmy spłukać z siebie miłe uśmiechy oraz tę „przyjemną” rodzinna atmosferę i wrócić do siebie. Szybki szocik i już tam nas nie było… poszliśmy sobie dalej w dół w stronę wody.

Przed nami szła sobie parka, nie bardzo zwracaliśmy na nią uwagę do pewnego momentu. W sumie gdyby nie kilka słów w ogóle by nas nie obeszła. Parka co chwila przystawała gestykulując i głośno dyskutując. Mimo wolnego kroku po kilku chwilach byliśmy tuż za nimi. Zaczęliśmy dokładniej słyszeć ich konwersację. On mówił do niej coś spokojnym głosem, gdy ona wykrzykiwała jakim on jest tępym Ku… oraz Ch… co było sprzeczne z kolejnym atakiem, gdy nabrała powietrze, a on coś spokojnie odpowiedział – „nie masz jaj, nie jesteś facetem!” itd. On znosił to potulnie, widać było, że nie próbuje się nawet tłumaczyć, a raczej ją uspokoić. Przechodnie wokół przyglądali się, budzili zainteresowanie… Gdy ona zauważyła, że jest w centrum uwagi zaprzestawała ataku, by po kilku krokach znowu go powtórzyć… Zanim ich minęliśmy skręcili w boczną uliczkę. Zrobiło nam się trochę nieswojo. Popatrzyłem na Alicję i znając jej reakcje, od razu złapałem ją za rękę, gdyby chciała pobiec za nimi i próbować ratować świat. Pociągnąłem ją dalej…

Nad rzeką nastrój nam się trochę poprawił, posiedzieliśmy sobie, pogadaliśmy o głupotach. O zbliżających się wakacjach i o tym co przypadkiem mogę jej zrobić gdybyśmy przypadkiem zaraz wrócili do domu… w tych strojach, garniturach i krawatach. I nagle, albo raczej dość spodziewanie znowu usłyszeliśmy ten jazgot. Znowu wyzwiska gdzieś za nami, znowu ten potulny głos zobojętnienia znoszący kolejne fale wulgarnej krytyki… I choć na szczęście ten głos tak samo szybko zniknął jak się pojawił, to nam też już nie chciało się gadać.

Takie słowa potrafią wyssać całą energię z otoczenia. Nie tylko niszczą relację miedzy dwojgiem ludzi, ale niszczą też wszystko wokół. Możecie napisać, że moglibyśmy się wtrącić i pobawić się w kapturowy sąd Alicji i Drwala, ale nie w tym rzecz. Niszczenie i furia do niczego nie prowadzi. Poniżanie publiczne kogoś z kim jesteś nie daje nikomu żadnych korzyści. Pozornie jak na kogoś pokrzyczysz to rozładujesz furię… pytanie tylko czy właśnie nie depczesz kogoś kto mimo wszystko jest przy Tobie i komu widać, że zależy.

Możecie te historie analizować jako relację silnej i słabej osobowości, pana i niewolnika czy jakąś forma uzależnienia… ale to nie zmienia nadal jednego – godności! Jak wspomniałem – nie chcę być sędzią w żadnej z tych spraw. Oceniam jedynie to co widzę i mogę powiedzieć jedno. Publiczna ocena Twojego partnera, wyzwiska, poprawianie, wstyd jaki okazujesz, nie trafia tylko w niego… trafia przede wszystkim w Ciebie. Wyzywając swojego partnera wyzywasz siebie. Deprecjonujesz i poniżasz nie jego a siebie – bo on jest Twoim wyborem a Ty jego! I jest na to jedna rada. Jedna rada na toksyczne relacje gdzie jedna osoba krzyczy, a druga to potulnie przyjmuje. Jeżeli nie potrafisz traktować swojego partnera jak partnera – po prostu odejdź.

Zostaw go, mimo wielkiego uczucia, mimo tego, że on mówi, że nic się nie stało, gdy na jego widok, na jego słowo czujesz jak buzuje się w Tobie krew, nie z miłości a z agresji – nie wmawiaj sobie, że potrafisz inaczej – prawdopodobnie nie potrafisz. To co was łączy to nie miłość, to przywiązanie albo jakieś uzależnienie. Więc jeżeli umiesz szanować to przestań niszczyć – jeżeli nie potrafisz to odejdź. Oboje na tym zyskacie…

Komentarze13 komentarzy

  1. W dzisiejszych czasach ludzie zamiast rozwiązywać problemy, to albo załatwiają je rozstaniem, albo wyładowują swoja frustrację na drugim człowieku, często „drugiej połówce”. Kiedyś ludzie mieli inne priorytety, byli bardziej życzliwi, pomocni, kochali za wnętrze (oczywiście zdarzały się wyjątki), a dzisiaj w dobie pogoni za pieniądzem, ludzie dążą po trupach do celu, niszcząc wszystko i wszystkich. Ludzie niszczą siebie nawzajem, bo utarły się jakieś stereotypy o idealnym mężczyźnie i idealnej kobiecie – na początku każdy jest idealny, tak działa zauroczenie, ale związek dojrzewa i ewoluuje, wtedy często ludzie zauważają, że ta idealna druga połówka ma wady i chociaż byłaby to tylko drobnostka – nie ma w ludziach akceptacji. Zaczynają się kłótnie i poniżanie – przegrywa słabszy. Wasz związek jest piękny – szczerze Wam gratuluje odnalezienia drugiej połówki, która dla każdego z Was jest wszystkim pomimo wad, wzlotów i upadków. Ja pomimo swojego dość młodego wieku, mam swojego (nie)idealnego mężczyznę, którego nie zostawię, chociaż waliłby nam się świat na głowę, jak w każdym związku zdarzają się kłótnie, ale podczas nich nie padają wyzwiska i groźby, bo chyba serca by nam popękały, gdyby druga połówka musiała cierpieć z powodu obelg usłyszanych od swojej miłości. Szacunek i akceptacja – tego życzę wszystkim osobom, które żyją w związkach i nie tylko. :) pozdrawiam Was Alicjo i Drwalu. :)

  2. Jakie to prawdziwe… Odejść owszem najłatwiej ale nie bez słowa i nie kiedy spotykasz znów ta osobę to ucieka przed tobą nawet jeśli to była tylko relacja przyjacielska… :(

  3. Czytając ten teks widziałam swój związek. I ja jako ten oprawca…często dogryzajaca i rzucajaca uszczypliwe uwagi. Wiem, że to złe ale jego obojętność na codzień i cicha „zlosliwosc” czasem przelewaly szalę :( tak bardzo mi zależało, że drobne żartobliwe sugestie zmieniły się w sarkastyczne docinki. Macie rację. Trzeba pracowac nad soba, a jesli nie potrafi sie inaczej to czas sie rozstac. Bo lepiej nie ma szansy byc. Czlowiek rani druga osobe, a także siebie. Takie uczucia na pewno nie powinny być w związku.

  4. Myszka ~1.60m~

    To straszne, że ktoś naprawdę trwa w takim toksycznym związku, gdzie ta jedna osoba w jakikolwiek sposób sprawia, że ta druga zaczyna wątpić w siebie, czuć że jest gorsza lub tracić pewność siebie. Są osoby które uwalniając się od jednego takiego związku trafiają w następny taki sam. I trzeba mieć dużo silnej woli albo szczęścia by puszczać mimo uszu tyle krzywdzących uwag i się po nich pozbierać.
    Cieszę się, że poruszacie też takie ważne tematy jak rozstanie czy trudne relacje. Potrzeba nam takich tekstów które przemówią do rozsądku, albo do serca w takich sytuacjach :)

  5. Jakie to prawdziwe. U mnie w związku to ja jestem oprawcą, co prawda nie przy publiczności, a w domowym zaciszu. Nakrzyczałam ostatnio na niego tylko dlatego, że w pracy poszło coś nie tak. Po ostatniej takiej kłótni „walnął pięścią w stół” spakował rzeczy i wyszedł. Zostawił mnie. Dopiero w tamtej chwili uzmysłowiłam sobie, że powiedziałam bardzo przykre rzeczy. Przeprosiłam, ale jeszcze od siebie odpoczywamy. Ja wyjechałam na Majorkę, a on na Malediwy, ale po trzech tygodniach już jest lepiej. Piszemy ze sobą, a to już coś :)

  6. Dobry artykuł. Dobrze że nie unikacie takich tematów. Niby wszyscy wiemy jak nie należy postępować, potrafimy odróżnić dobro od zła a jednak zdarza nam się czasem potraktować partnera/partnerkę w sposób okrutny, poniżający. Moim zdaniem dobrym sposobem aby tego uniknąć jest – Traktuj partnera tak jak sam chciałbyś być traktowany. Pozdrawiam serdecznie ;-)

  7. A to nie jest tak, ze Ci „oprawcy” to nie chcą wychodzić z takiego związku/układu bo wtedy nie mieliby tła do błyszczenia (jak pan z pierwszej opowieści)? Gdyby pan z drugiej opowieści był taki okropny jak sugerują słowa pani to pani powinna odwrócić się na pięcie i odejść w siną dal a ona z uporem robi sceny na ulicy.

  8. Piszę nie na temat wpisu…
    Proszę o poradę. Widzę się średnio z facetem 2x w tygodniu, czasem 3.
    Co za tym idzie: seks tylko w te dni co się widzimy. Czasem 2-3x jednego dnia.
    Mój facet strasznie szybko dochodzi, czasem po minucie. Ja rzadko tak szybko jak on. Mówi, że tak na niego działam. To bardzo miłe owszem, ale przeszkadza mi to. Jestem niezaspokajana, ale nie mówię, że zawsze. Gdy chcę drugi raz, musimy długo poczekać, bo mu nie staje długo.
    Czy to jest wina tego, ze za rzadko uprawiamy seks?
    Co robić abysmy mogli sie dluzej kochac?

  9. Ja dzisiaj „wyszłam” z takiego związku…Dużo kłótni o nic. Sam wymagał nie dając tego samego w zamian. Na dodatek powiedział, że jestem nienormalna, bo chcę dużo seksu, a on nie potrzebuje dużo, bo jest NORMALNYM facetem… I w tym temacie za dużo wymagam…
    Zaznaczam, że jestem najzupełniej normalną kobietą, która potrzebuje seksu i bliskości, nic nadzwyczajnego.

  10. Byłam w podobnym związku 5 lat. Za wszystko byłam krytykowana… Dosłownie za wszystko… Za to jak się malowałam, ubierałam, w jakie kolory, potem nawet za to, że głośno oddycham… I wiecie co… Chyba nie ma nic gorszego niż taki związek… Cieszę się, że to się skończyło mimo, że bolało i boli nadal, ale nie mogłabym już tak żyć… Nie da się żyć z kimś kto nie pozwala Ci wychodzić, czy patrzeć na innych facetów, bo z pewnością wyobrażam sobie ich w jakiejś intymnej sytuacji ze mną… Potem już w sumie nawet nie ma się z kim wyjść gdziekolwiek… Bardzo trudno jest odejść od takiego kogoś, bo manipuluje, gdy już próbujesz się uwolnić, oddalasz się, on wymyśla kolejną ckliwą historyjkę jaki on jest biedny, smutny i nieszczęśliwy, że nie wyszło mu to czy tamto, albo że nie da sobie rady i trzeba go pocieszyć… Dałam się na to nabrać wiele razy. Taki związek nie wnosi nic w nasze życie oprócz cierpienia… Po prostu trzeba odejść, zrobić to dla własnego dobra. Bo starasz się z całych sił, ale i tak będzie coś źle, bo nie da się iść ulicą bez popatrzenia na kogokolwiek (chociaż ja się starałam)… Straciłam szacunek do siebie, wiarę w to, że spotka mnie coś jeszcze w życiu dobrego, czuję się gorsza od innych, a nawet nic nie warta… Wiem, że jest w tym trochę mojej winy, że nie odeszłam wcześniej, ale po prostu nie potrafiłam zostawić go, bo przecież zrobię mu tym przykrość, a nie widziałam, że to on mi ją sprawia. Teraz pozostaje mi tylko starać się zapomnieć, zacząć być sobą i walczyć o swoją przyszłość :) No i mieć nadzieję, że jeszcze spotkam takiego człowieka, który mnie pokocha taką jaką jestem, nie będę go denerwować i mi zaufa… Chociaż muszę przyznać, że jest bardzo ciężko… A jeszcze ciężej jest wytrwać w odosobnieniu od niego.

  11. Drwalu ;) , Alicjo uwielbiam czytać wasze teksty widać po nich że jesteście naprawdę wartościowymi i bardzo mądrymi ludźmi. Bardzo fajnie ze tez od jakiegoś czasu poruszacie takie tematy.

  12. Witam, uwielbiam czytać Wasze wszystkie posty są bardzo dojrzałe, pouczające, mądre i życiowe. Wszystkiego doświadczam w życiu i potwierdzacie moje spostrzeżenia. Cieszę się, że Was odnalazłam. Serdecznie pozdrawiam :)

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter