Pożegnanie Alicji – o rozstaniach, powrotach i zapachu cynamonu…

1

Właściwie to pierwotnie (bo myśl o tym tekście pojawiła się po wczorajszej długiej rozmowie z Alicją) tekst ten miał się nazywać 38000 stóp nad ziemią (bo tyle mniej więcej dzieli mnie teraz od poziomu morza, nad którym aktualnie się bujam) Jednak skoro Alicja chciała pożegnać Drwala, to ja postanowiłem napisać o pożegnaniu Alicji…

Rozmowa, o której wspomniałem, przez słabe internety, zrywane połączenia i problemy z czasem mimo wszystko była bardzo miła, a że nie widzieliśmy się już wiele długich dni i jeszcze dłuższych nocy, momentami stawała się aż zbyt miła, więc skończyliśmy ją chyba zbyt szybko. Bo wiecie – maile, wiadomości na komunikatorze, czy smsy to nie to samo co głos i obraz… i zupełnie nie to samo co świadomość, że za chwilę to co słyszy pół internetu w formie tylko naszego kodu usłyszę wtulony w nią, na ucho, a jedynym przeszkadzającym w tym dźwiękiem będzie delikatny szelest jej włosów i jej lekko przyśpieszony oddech. I wtedy będę wiedział to co wiem, ale bez kodu, wprost… prawie tak jak zawsze, bo zawsze jest trochę inaczej.

WHITE RVBBIT - koronkowa bielizna, pasy do pończoch, sukienki

Tak, to był spojler, a właściwie dwa. Bo nie da się ukryć, że właśnie wracam z długiej podróży i że długo na ten powrót czekaliśmy, ale zanim opowiem coś więcej, muszę wrócić do jednej sprawy.

Ostatnio kilka osób zwróciło nam uwagę, że przegapiliśmy święto Drwala i nic nie napisaliśmy o tym, jak świętowaliśmy. Trochę jednak świętowaliśmy, tyle że na odległość. A jak pewnie wiecie, przez relację w internecie ciężko poczuć smak choćby najpiękniejszego ciasteczka, choćby podanego na złotej tacy, przez moją Alicję w samej bieliźnie,… właściwie samych kolczykach. Dlatego nasz dzień Drwala jeszcze przed nami i obiecuję publicznie, że będziemy go świętować długo ;)

Dobrze, ale nie o tym miałem pisać, a o pożegnaniu.

Pożegnanie Alicji

Tak właśnie. Pożegnanie Alicji to jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Zastanawiałem się nad tym bardzo długo, rozważałem za i przeciw. Nie chodzi o to, że nam się nie układa, wręcz przeciwnie. Miedzy nam układa się czasami aż za dobrze. To nie była absolutnie jej wina. To wszystko przeze mnie… Naprawdę, to wszystko moja wina.

Przemyślałem jednak decyzję i postanowiłem to zrobić. Tabelki i analizy mówiły jedno: nie masz wyjścia, musisz ją pożegnać. To samo podpowiadała intuicja. Ludzie w pracy wręcz wymuszali na mnie tą decyzję. Ja wiem, że jako Drwal, nie powinienem martwić się tym, że mam przerąbane, ale mimo wszystko, przed rozmową z Alicją zjadła mnie trema. Tym bardziej, że moja decyzja rujnowała chwilowo jej wszystkie plany, decyzje itd. Dlatego musiałem zrobić to dobrze, raz a dobrze… delikatnie i z wyczuciem.

Pamiętam jak dziś, to był czwartek, dochodziła godzina 15:30. Zadzwoniłem do niej, do pracy. Nie odebrała. Zadzwoniłem drugi raz, odrzuciła połączenie… zero SMS, że oddzwoni później, czyżby coś przeczuwała? A może już wiedziała o mojej decyzji. Słabo to wyglądało. Napisałem jej na naszym komunikatorze wiadomość, że będę czekał na nią po pracy w kawiarni, do której wpadaliśmy czasami właśnie po pracy. Nie odpisała.

Na miejscu byłem przed czasem. Nie było jej nigdzie, a w kawiarni zaczynał się lekki tłok. Zamówiłem dwie takie same kawy. Pamiętam, że obie były z cynamonem – takie małe preludium świąt, a że Alicja tak jak i ja uwielbia eksperymenty (również kulinarne), nie mogłem sobie odmówić tej niespodzianki. Czekając na zamówienie zająłem ostatni wolny stolik, który jakoś szczęśliwie znajdował się tuż przy oknie, jednocześnie z widokiem na wejście. Czas mijał, kawa stygła, maile i wiadomości w telefonie też mi się skończyły. Napisałem kolejną wiadomość i cisza… Wyglądało na to, że to nie ja ją a ona mnie właśnie pożegnała, a post na blogu nie był przypadkowy. W myślach pojawiły się już czarne scenariusze, łącznie z obrazkiem włoskiej kłótni i wylatującymi przez okno ubraniami, chociaż w naszym wypadku byłoby to dość skomplikowane z racji budynku w jakim mieszkamy. Znam jednak jej temperament i wiem, że gdyby chciała pokazałaby mi jak powinna wyglądać prawdziwa włoska kłótnia kochanków…

Rozstanie

Gdy już zupełnie straciłem nadzieję, wypiłem swoją kawę i z coraz większym smutkiem zastanawiałem się nad dokładką z filiżanki Alicji, pojawiła się Ona… Właściwie „pojawienie się” było absolutnie w jej stylu. Pod okno kawiarni z piskiem opon zajechała taksówka, niemal pakując się na chodnik. Alicja wyskoczyła z taksówki z 5 tobołkami robiąc przy tym tyle zamieszania, że piesi ustawili szpaler powitalny od drzwi taksówki do drzwi kawiarni. Mogę przysiąc, że w tle było słychać trzask migawek aparatów fotograficznych. Alicja weszła z gracją do kawiarni, w której w chwili pierwszego stuknięcia jej szpilek o kamienną podłogę przycichły głosy, filiżanki zatrzymały się w połowie drogi do ust i nawet kran w kuchni na moment przestał kapać… albo tak mi się wydawało.

Tu chyba muszę dodać, że uwielbiam jej styl i zupełnie szczerze nie umiem go nigdy poprawnie uchwycić słowami, a chyba wierzycie mi na słowo, że mało jest rzeczy, które sprawiają mi tą trudność… w sumie to nie ma takich poza moją Alicją. Usiadła przede mną z lekkością i swoim zniewalającym, lekko figlarnym uśmiechem i powiedziała „Zamknij buzię Drwalu”, po czym pocałowała  mnie w policzek. W dwóch zdaniach wyjaśniła, że jakieś spotkanie, telefon, ładowarka i bateria, koleżanka w potrzebie itd… szczerze mówiąc nie do końca złapałem chronologię wydarzeń, ale finał był taki, że jej telefon był gdzieś na dnie torebki z zupełnie rozładowaną baterią.

Gdy już opadł kurz, a ludzie wrócili do picia kawy zapytałem, czy ma ochotę na coś włoskiego na kolację. Zanim skończyłem zdanie jej roziskrzone oczy kazały zakładać mi płaszcz. W biegu dopiłem jej kawę i już spokojniej wyszliśmy z kawiarni.

We włoskiej restauracji, do której dzwoniłem wcześniej dwa razy, że się spóźnimy, przywitał nas w progu miły starszy pan, o którym wiedzieliśmy już wcześniej, że uwielbia opowiadać jak to „kiedyś to było” we Włoszech. Zjedliśmy i zaczęliśmy sobie już spokojniej opowiadać o minionym dniu. Alicja jeszcze raz opowiedziała o co chodziło z telefonem, jej spotkaniem i koleżanką (ale nie zdradzam tutaj takich rzeczy :P). Musiałem jednak popsuć ten dobrze zapowiadający się wieczór.

„Muszę Cię pożegnać Alicjo” powiedziałem, gdy skończyliśmy rozmawiać o jej spotkaniu. Popatrzyła na mnie z pytaniem w oczach, uśmiechem i lekkim politowaniem (ona serio tak czasami na mnie patrzy) i powiedziała, „Dobra, opowiadaj”. Opowiedziałem… jak umiałem najlepiej. Słuchała, nie zadawała pytań. Posmutniała lekko i zaglądając mi w oczy przygryzała wargę. Zapytałem, czy uciekamy do domu, kiwnęła głową bez słowa.

Gdy wychodziliśmy, znowu złapał nas wspomniany Włoch i zaczął coś opowiadać. Alicja rzuciła mu tylko na odchodne, że nie pogadamy teraz, bo musi zająć się swoim Don Corleone i pociągnęła mnie za rękę na ulicę przed restauracją.

Wróciliśmy do domu. Mimo, że do rozstania było jeszcze kilka dni, już zaczynaliśmy tęsknić do siebie. Tego wieczoru długo rozmawialiśmy, przy winie i świecach, leżąc w łóżku tęskniliśmy do siebie mając się na długość rzęsy. Alicja wtulona we mnie zasnęła, głaszcząc mnie przez sen po włosach…

W dzień wyjazdu, gdy walizki czekały przy drzwiach, wstałem bardzo wcześnie. Ona jeszcze spała. Przygotowałem jej przed wyjazdem śniadanie, kawę, którą miałem nadzieję wypije jeszcze chociaż letnią i napisałem list. Którego niestety nie przeczytacie…

Przed wyjściem, podszedłem do niej, pocałowałem w czoło, ona ocknęła się i mnie przytuliła… powiedzieliśmy sobie kilka ważnych słów… i czas było się rozstać.

Miękkie lądowanie

Nie będę was zanudzał tym jak to się lata i gdzie. To było wiele dni temu i już prawie tego nie pamiętam… Ale mogę zdradzić wam coś innego. Po wylądowaniu mamy z Alicją swoje procedury, prawie jak piloci, tylko trochę bardziej namiętne, tak że Alicja na pewno wie, że jestem a ja wiem, że ona jest… a odległość, to tylko kwestia czasu. I powiem wam szczerze: z każdym szczęśliwym lądowaniem jestem bliższy tego, aby rzucić to wszystko w cholerę i zacząć żyć sobą, moją Alicją a nie pracą.

Ok czas zapinać pasy, do zobaczenia gdzieś przypadkiem… tymczasem ja znikam, bo na dole czeka już na mnie dawno nie widziana Alicja, której mam dużo do opowiadania, przytulania, milczenia… i wspólnego zasypiania, nie licząc niespodzianek w walizce ;)

 

Avatar

Komentarze1 komentarz

Napisz komentarz