Take this waltz

5

Każdy długoletni związek ma swoje słabsze w dni. W niemal każdym – o ile nie w każdym – po pewnym czasie rozgaszcza się rutyna i jeśli w porę jej nie wyprosimy, staje się początkiem bolesnego końca. Motyle zamiast brzęczeć umierają,  namiętne pocałunki zamieniają się w zdawkowe całusy w policzek, a spontaniczny seks wydaje się zamierzchłym znakiem minionej epoki. I wcale nie chodzi o to, że w związku – także małżeńskim – cokolwiek dzieje się źle, ktoś kogoś krzywdzi lub problemy nie dają szansy, by rozwinąć skrzydła. Nie. Chodzi o codzienność i o to, że nowe zmieniło się w znane.

take-this-waltz-

Tego właśnie problemu doświadcza Margot, główna bohaterka Take this waltz – filmu romantycznego, melancholijnego, namiętnego i tkliwego zarazem. Margot wiedzie spokojne, niemalże bajkowe życie – mieszka w pięknym domku (zdrabniam celowo, bo on naprawdę wygląda jak z bajki), od 5 lat ma kochającego męża – Lou, oboje mają wolne zawody, więc swobodnie zarządzają swoim czasem, mając go dla siebie, przyjaciół, na przyjemności. Nie mają powodu do stresu, nie mają też na co narzekać. W tym pozornie idealnym życiu jest tylko jeden mankament – brakuje ekscytacji, a Margot najwidoczniej należy do tych kobiet, które pragną namiętności, szaleństwa, ekstatycznej utraty tchu.

Jak pewnie się już domyślacie taka sytuacja aż prosi się o bohatera – jakiegoś przystojnego faceta, który zawróci w głowie ułożonej Margot. I dobrze myślicie :) Na scenie pojawia się Daniel.

Od tego momentu wszystko jest już przesądzone, a fizyczna zdrada staje się tylko kwestią czasu. Margot się waha, bardzo długo opiera, wytrwale walczy z pożądaniem, choć doskonale wie, że w tej walce w końcu polegnie. Dlaczego? Dlatego, że już pierwsza rozmowa w samolocie, a potem wspólna jazda taksówką jest dla niej haustem świeżego powietrza, pierwszą sceną zupełnie nowej sztuki, nagłym wskrzeszeniem najdelikatniejszych motyli w brzuchu. Sytuacja stała się nieznośnie duszna – po jednej stronie czeka zupełnie nowy, intrygujący, magnetycznie uwodzicielski Daniel, z drugiej – nieco już znudzony, jednak przecież idealnie dobry i oddany Lou. Co zatem zrobić? Jak poprowadzić to życie dalej?

Margot walczy. Umawia się z Danielem, ale nie pozwala się dotknąć. Daje się uwodzić, ale stawia nieprzekraczaną granicę. Prosi niedoszłego kochanka, by opowiedział co jej zrobi – i jest jeden z bardziej interesujących monologów, jakie miałam okazję „podsłuchać” na takim seansie – gęsty, soczysty, zmysłowy. Powiedz mi co mi zrobisz, ale jeszcze tego nie rób. Jeszcze – bo przecież to naprawdę kwestia czasu, i nie pomoże tu ani coraz rzadsze spuszczanie wzroku, ani płochliwa ucieczka, gdy w scenie na basenie Daniel chwyta kostkę dziewczyny. Jeśli decydujesz się wsiąść na karuzelę, to musisz odbyć pełny rejs. Nie możesz z niej tak po prostu wysiąść, gdy nagle zrobi się zbyt blisko…

Dlaczego polecam wam ten film?

Bo często pytacie nas co się stało z waszymi motylami.

Chyba każdy z nas chce szalonej, wiecznej, nienasyconej miłości. Takiej, która zapiera dech w piersiach, karmi się całonocnym szaleństwem i unosi centymetr ponad przyziemnością. Miłości, która oprze się upływowi czasu, na zawsze będąc tą świeżą i nieodkrytą. Poznajemy więc boskie wcielenie naszych snów, odurzamy się jego zapachem, planujemy każdą wspólną chwilę aż do końca świata… – i nagle okazuje się, że boskie wcielenie naszych snów sika tak samo jak nasz pierwszy mąż, wieczory spędza na kanapie, a nasze kocham cię przelatuje mu mimo uszu. Dokładnie tak, jak doświadczyła tego Margot. I okazuje się wówczas, że może ten pierwszy mąż nie był wcale taki zły, że on przynajmniej kochał nas nad życie, że gra w co mi zrobisz była urocza i jedyna, a codzienne kurczaki na obiad lubiłaś bardziej niż martini. Tylko czy jeszcze nie jest za późno?

Jakie są minusy filmy?

Dodaję ten akapit, żeby nie było zbyt cukierkowo ;) Największym minusem filmu jest moim zdaniem… Margot, którą w niektórych scenach miałam ochotę po prostu konkretnie kopnąć w tyłek. Po pierwsze – rozumiem, że czuła się niespełniona, ale momentami zachowywała się jak rozkapryszona nastolatka, która nie wie czego chce, ale chce to koniecznie mieć. Po drugie – w scenie namiętnego monologu miała minę jak robiąca kupę kotka – serio. Facet mówi TAKIE rzeczy, a ona siedzi i się krzywi. Po trzecie – Margot tak pragnęła namiętności i nowości, a przecież to ona zabijała magiczność – sikaniem przy facecie na przykład.

To wszystko nie przekreśla jednak wymowy całości.

Jeśli kiedykolwiek zastanawiałaś się nad tym, jakby to było poznać kogoś nowego. Jeśli czujesz, że w Twoim związku najlepsze już dawno za wami. Jeśli chciałabyś zobaczyć, że kryzys nie musi mieć powodu – bo wystarczy rutyna, melancholia i nienasycenie. I jeśli lubisz popatrzeć na seks we wszystkich pozycjach ;) – to ten film jest dla Ciebie.

I pamiętaj – „Życie ma swoje braki, nie wypełnisz ich, choćbyś się zesrała” ;) A każde nowe będzie kiedyś stare.

Komentarze5 komentarzy

  1. Bardzo fajny film:-) taki prawdziwy, bo rutyna niestety zabija nawet najfajniejszy związek. Najważniejsze to oprócz miłości, zaufania dbanie o związek. Bo takie ekscytujące wydaje się poznać kogoś innego, zrobić coś innego. A gdy doświadczamy tego wszystkiego w związku, to wszystko będzie dobrze:-)

    • Nawiązując do tego filmu i roli Michelle Williams, to polecam inny podobny film „Blue Valentine” gdzie partneruje jej Ryan Gosling. Film o miłości, rozpadzie związku. Bardzo przejmujący, smutny.
      Aż chce się mocniej walczyć o swój związek:-*<3

  2. Szukałam filmu na dzisiejszy wieczór – jak zwykle w punkt, wystarczyło tylko odwiedzić waszą stronę :)
    zaraz oglądamy – pizza, film i kanapa – najlepsze Walentynki ever :D

  3. Alicjo!
    tak mnie zaintrygowałaś tym filmem, że zamiast zbierać się
    na walentynkową randkę w kinie, obejrzałam „Take this waltz”.
    Na szczęście potrafię zebrać się w pół godziny razem z kąpielą ;)

    Niespecjalnie zrozumiałam relacje między Lou i Margot,
    ale może zrozumiem po 5 latach własnego małżeństwa.
    Może po prostu nie dojrzałam jeszcze do tego filmu,
    bo w ogóle niewiele z początku zrozumiałam.
    Niby oboje bardzo się kochają, ale jakoś nawzajem się odpychają.
    Kiedy jedno ma ochotę na „czułości”, drugie mówi nie.
    Ubawiło mnie, jak Margot wytknęła Lou, że ona bezskutecznie próbuje go uwodzić,
    a sama przecież jeszcze nie tak dawno nie pozwalała się pocałować.

    Dociera do mnie jednak przesłanie filmu.
    wszystko co nowe prędzej czy później znudzi się i zestarzeje – spowszednieje.
    szczególnie jeśli związku się nie pielęgnuje, człowiek przestaje się starać i związek się sypie.
    Dziękuję za ten film :)

    Pozdrawiam gorąco :*

    PS. podczas oglądania sceny z rocznicy w restauracji, wpadłam na pomysł.
    Żeby żadna rocznica nie wyglądała tak marnie, jak ta – można przecież na tydzień przed tym szczególnym dniem rozejść się gdzieś. np. wyjechać każdy do swojej rodziny, ograniczyć kontakt przez ten czas, a w dzień rocznicy wyjść na „randkę”, na której będziecie mieli o czym rozmawiać. np. o tym, jak bardzo tęskniliście za sobą..

    nie jestem czasem zbyt dziecinna? czasem wydaje mi się że bujam w obłokach ;P

  4. Z tego filmu mam kilka scen…

    Że trzeba całej odwagi Wszechświata, by uwodzić własnego Męża (no, chociażby dlatego, że nowe już przestało być nowe i starania o rytuały są znacznie trudniejsze od pierwszych motyli).

    Że pierwsza scena z karuzeli już wtedy była znamienna i symboliczna: jak oni cudownie bawili się w trakcie, a potem nagle zgasła muzyka, kolorowe światła a oni zdezorientowani schodzili z fotela w otoczeniu ciszy, szarości, nudy.

    Że scena pod prysznicem po basenie miała morał nim zdążyła zawiązać się akcja filmu. Bo tylko starsze kobiety znały już gorzką prawdę: „Nowe szybko się starzeje”.

    Że z godną podziwu wyrozumiałością i miłością zachował się Lou wypuszczając Margot ze złotej klatki. „Myślałem, że będziesz, gdy umrę.”

    Że scenki rodzajowe z Danielem to tryb rozwoju każdego związku w pigułce.

    I na koniec – że pozornie żenująca alkoholiczka ma tak wyraźne i brutalnie jasne widzenie kolejnej cennej prawdy: „Ogólnie rzecz biorąc życie ma w sobie lukę, bo tak po prostu jest. Można oszaleć próbując ją wypełnić jak jakiś lunatyk…”
    Ona już wie, że żadna zmiana nie gwarantuje sukcesu. Bo sukces jest w naszych rękach. W naszych chęciach. W naszych sercach.
    W rytuałach, które należy chronić milion razy bardziej, niż zachwycać się pierwszymi motylami.
    O motyle nie tak znów trudno.
    O to, co przychodzić powinno po nich – jest najtrudniej.

    Ściskam i dziękuję.

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter