Wibrujący diament Twenty One Bijoux Indiscrets – recenzja Alicji

5

Podobno diamenty są najlepszymi przyjaciółmi kobiety – w końcu nie zdradzają, nie mają kaprysów, nie obrażają się za to, że akurat „nie mamy ochoty”, a przy tym zawsze rozświetlają nas swoim blaskiem. Pamiętam dokładnie dzień, w którym dostałam swój pierwszy diamencik – wprawdzie nie od Drwala, tylko od mojej lekko szurniętej ciotki, ale kto by tam zważał na takie szczegóły :D Liczył się efekt!

Moment, w którym poczułam się jak mała księżniczka – czy też raczej aspirująca famme fatale, bo magia perwersji nęciła mnie chyba od zawsze ;) Wtedy jednak nie przypuszczałam, że istnieją diamenty, od których drży coś więcej niż oślepione powieki… i myślałam tak dotąd, aż na scenę mego życia wkroczył wibrujący diament Twenty One Bijoux Indiscrets – błyskotka, która dosłownie zwala z nóg ;)

Wibrujący diament Twenty One Bijoux Indiscrets

Co warto o nim wiedzieć?

Nie będę zanudzać szczegółami technicznymi, bo te bez problemu znajdziecie na stronie (a ja na materiałach znam się akurat tak, jak wilk na gwiazdach). Najważniejsze – z perspektywy kobiety bawiącej się diamentem – jest to, że jest on wodoodporny, przepięknie wykończony, ma 7 różnych rodzajów wibracji i 3 poziomy intensywności. Jest to wibrator łechtaczkowy, więc nie wkładajcie go do środka cipki – bo trudno się potem wyjmuje :)) Materiał, z którego został wykonany diament jest oczywiście certyfikowany i w pełni bezpieczny dla ciała.

I mała ciekawostka – to małe cudo możemy ładować portem usb, czyli wyjmujesz diamencik z majteczek, kładziesz na biurko w pracy i ładujesz baterię ;)

Jakie ma zalety?

To będzie długi akapit :)

Przede wszystkim wibrujący diament Bijoux Indiscrets jest przepięknym gadżetem, który nie budzi żadnych skojarzeń. Mogę go nosić w torebce bez obaw, że ktoś ciekawski nagle poczuje się zgorszony, mogę go trzymać na komodzie w sypialni i nie przejmować się reakcją naszych bardziej pruderyjnych gości. Mogę nawet powiedzieć tamtej ciotce, że to mój elegancki przycisk do papieru ;) to wbrew pozorom bardzo istotna zaleta, zwłaszcza, gdy nie chcemy chwalić się swoimi zabawkami.

Po drugie – ma świetną cenę, bo kosztuje tyle, ile markowa szminka, jeden skórzany but, ładna bluzka czy porządny stanik. Wiem oczywiście, że istnieją produkty tańsze i droższe, a szminki za 150 zł nie są w podstawie naszej piramidy potrzeb, ale chodzi mi o pewną kategorię produktów, dzięki którym czujemy się takie piękne i doinwestowane. Rozumiecie, prawda? :)

Po trzecie – choć Twenty One jest wibratorem łechtaczkowym, można nim z powodzeniem masować plecy, łydki, zmęczony pracą kark… czyli każdą partię ciała. Z tego wynikają dwie kolejne zalety – możemy udawać, że kupiłyśmy go z polecenia lekarza lub… wykorzystać diament w zabawach z facetem ;)

Po czwarte – jeśli dobrze znasz swoje ciało, to diamentowy orgazm osiągasz w czasie poniżej minuty – choć oczywiście możesz swobodnie wydłużać tę przyjemność.

Po piąte – miło się w końcu bawić czymś wibrującym, co nie jest szczoteczką elektryczną, trymerem ani innym wibrującym znaleziskiem ;)

Po szóste – diamentowy wygląd ma swoje uzasadnienie – płaska góra o różnych załamaniach jest idealna do „masażu” zewnętrznych części cipki (lub zmęczonych mięśni Twojego Drwala), za to stożek, czyli dół można przyłożyć do wejścia cipki… Opcji jak widać jest wiele.

Po siódme – jest wodoodporny. Prysznic ma więc mocną konkurencję ;)

Jakie ma wady?

Teraz się trochę poczepiam, żeby nie było, że błysk diamentu zaślepił mój zmysł krytyczny ;) Jedyną istotną wadą, szukaną tak trochę na siłę, może być kształt, który jest dość nietypowy jak na wibrator łechtaczkowy. O ile na przykład masażery Lelo są bardziej opływowe, o tyle diament wygląda jak… diament, a więc ma konkretne linie. Nie możemy go po prostu położyć na cipce i czekać na cud, bo najlepsze efekty przynosi sterowany dłonią. Z tym jednak wiąże się jego tajna moc – potencjał do zabaw we dwoje.

Spróbujcie pomasować cipkę diamentem, gdy Pan będzie lizał samą łechtaczkę… albo wprowadzić diamentowy czubek do tyłka podczas soczystej minetki… albo na przykład wykorzystajcie go w pozycji na pieska czy łyżeczkach – panom jest czasem trudno efektywnie bawić się z łechtaczką, więc taki diament jest rozwiązaniem orgazmicznych problemów :)

Co poza tym? Wymagający włącznik, który trzeba przytrzymać przez dwie – trzy sekundy, co prawdopodobnie jest blokadą przed przypadkowym włączeniem – lub wyłączeniem w trakcie zabawy ;)

Komu poleciłabym wibrujący diament?

Tak naprawdę chyba każdemu. Ten mały gadżet jest idealnym pomysłem na wejście w wibrujący świat, bo po prostu nie wzbudza żadnych oporów wewnętrznych – w końcu wygląda jak biżuteryjne cacko, a nie jakiś sztuczny fallus ;) Mogłabym go więc polecić każdej kobiecie, która lubi zmysłowe połączenia ponadczasowego piękna i tajemnej supermocy;)

A przede wszystkim mogę go polecić każdemu facetowi, który chciałby dać swojej Pani prawdziwy diament wśród diamentów. Bo chyba żadna z nas diamentem nie pogardzi, prawda? ;)

Komentarze5 komentarzy

  1. Droga Ali:) ja uwielbiam WSZYSTKO co wibruje między nóżkami… I chyba nie tylko Ja;) a tego nauczył mnie Mój „Drwal”

  2. Alicjo, tylko mnie utwierdziłaś w moim przekonaniu, że bardzo, baaaaardzo chcę ten diamencik :D dzięki za recenzję :)

Napisz komentarz

Zapisz się na nasz gorący Newsletter

Otrzymasz od nas:

Wystarczy, że zostawisz swoje imię i adres email... Zapraszamy!

Zapisz się na Newsletter