„Domyśl się!” – między seksem, a czytaniem poezji

1

Chciałabym dostać książkę Leaves of Grass, w szarym lub ciemnozielonym wydaniu ze złotymi literami, dokładnie takim, jakie zgubiło Waltera White’a w moim ukochanym Breaking Bad. Co jakiś czas otwieram wyszukiwarkę i sprawdzam dostępność tego wydania, wkładam je nawet do koszyka, ale nigdy nie finalizuję transakcji. Uwielbiam tę książkę i znam na pamięć jej wersy, a mimo tego zachowuję się jak głupia gęś i zamiast ją sobie kupić, czekam, aż ktoś się domyśli.

Im dłużej czegoś pragniemy, tym większe figle płata nam zmęczony rozum. Mój wyświetla mi sny, w których stoję z Drwalem na eleganckim przyjęciu, ja w długiej sukni na cienkich ramiączkach, on w smokingu z niedbale przekrzywioną muchą, sączymy sobie szampana, rozmawiamy z nowo poznanymi ludźmi i nagle ktoś rzuca, że źdźbło trawy nie mniej znaczy niż rzemiosło gwiazd, wszyscy patrzą po sobie skonsternowani i wtedy ja uśmiecham się znacząco i mówię kokieteryjnie: Walt Whitman. Wszystkie oczy na mnie, Drwal patrzy w zachwycie, jednym słowem: pozamiatane. Jestem z siebie taka zadowolona, że jednym ruchem sprawiłam, że Miłość mojego życia jest mną znów zaintrygowana, a jednocześnie ze mnie dumna. Potem wracamy do domu, on przyciska mnie do ściany, a po tygodniu znajduję przy łóżku prezent: szare wydanie Leaves of Grass z odręcznie napisaną dedykacją: It’s an honour to working with you.

Tak, to mogłoby się zdarzyć. Na dobrą sprawę mogłabym nawet pomóc losowi i poszukać okazji do zorganizowania wystawnego przyjęcia, a potem opłacić zaproszenia dla wszystkich pracowników instytutu literatury amerykańskiej. I modlić się, żeby wśród nich znalazł się fanatyk Whitmana. Prościej jednak byłoby opłacić koszyk na Amazonie – albo zwyczajnie powiedzieć Drwalowi o mojej nowej poetyckiej obsesji.

Rajstopy, pończochy do pasa i samonośne

Dlaczego więc tego nie robię?

Problemy w komunikacji – Coś mądrego

Gdy wchodzimy w związek, który naszym zdaniem będzie tym najważniejszym, jesteśmy pełni zapału i dobrych intencji. Chcemy, by było idealnie. Idealna codzienność, idealne rozmowy, idealne randki, idealny seks. Kreujemy romantyczne sytuacje i nasłuchujemy co też mówi nam o sobie nasza połówka. Powiedział, że lubi pistacje? Odtąd jemy tylko pistacje. Powiedziała, że marzy o Sycylii? Zmieniamy się w młodego Corleone. Z czasem jednak ta uważność na drugiego człowieka spada, a my koncentrujemy się znowu na sobie. Na tym czego my chcemy, na tym co nam przeszkadza i na tym, czego ta druga osoba mogłaby się domyślić.

A domyślanie się podobno nie jest dla związku najlepsze i bywa uznawane za prostą drogę do katastrofy. Co ciekawe – jest na to logiczne wytłumaczenie. Otóż ze względu na odmienną budowę kobiecego i męskiego mózgu (czyli różne połączenie neuronalne), kobiety mają bardzo rozwiniętą zdolność kojarzenia wydarzeń z emocjami. Tymczasem dla mężczyzn wydarzenia to wydarzenia, a emocje to to emocje. Nie ma więc zbyt wielkiego sensu w oczekiwaniu, że Drwal skojarzy moje westchnienia w stronę Amazona z całą tą paletą wyobrażeń, o której pisałam na początku. Co więcej, mogę śmiało założyć, że jeśli mu nie powiem o co mi z tą książką chodzi, to on na milion procent nie zrozumie jak bardzo jej brak niszczy moje poetyckie życie ;)

Recepta numer 1: Coś prostego

Istnieje oczywiście prosty sposób na skończenie tej półrocznej męki. Dokładnie ten sam, jaki zawsze polecamy wam w sytuacji, gdy wasz partner nie może znaleźć chociażby łechtaczki. Otóż należy mu ją pokazać palcem. I przy okazji wulgarnie wyszeptać, jak bardzo ona lubi być lizana.

Mogłabym więc wykorzystać najprostszą metodę: wyjść z pracy nieco wcześniej i przygotować się na powrót Drwala. Założyć tamtą sukienkę z moich wyobrażeń – albo dowolną inną, oby tylko była ołówkowa, bo takie On szczerze uwielbia – i usiąść prowokacyjnie w fotelu, oczywiście z jakąś książką w dłoni. Drwal zapytałby co właściwie robię, ja odpowiedziałabym, że czytam poezję. A chwilę potem – uroczo, choć dosadnie – powiedziałabym, że mam takie nieśmiałe marzenie, by wcisnął mi w tyłek… toporek, czytając na głos Whitmana. Albo żebym ja mu czytała, podczas gdy on, rozpalony i nagi, będzie wbijał się w moje biodra.

I takie postawienie sprawy miałoby dwa pewne rozwiązania. Po pierwsze – już po samym tym wyznaniu leżałabym na łóżku lub dywanie z głową Drwala między moimi udami. Nazwijmy to kontaktową minetką wyrażającą uznanie dla mojego pomysłu ;) Po drugie – najpóźniej dwa dni potem miałabym w dłoni wymarzony tomik poezji, a przy okazji przypomniała sobie jak miło jest mieć orgazm analny, tryskający wraz z linijką wiersza.

Jednak za każdym razem, gdy mam ochotę na seksowne uproszczenie sprawy, stawiam wszystko na receptę numer 2:

Recepta numer 2: Coś czułego

… czyli beznadziejne, frustrujące czekanie, aż On zobaczy w mych oczach tęsknotę za Źdźbłami trawy (choć może lepiej byłoby powiedzieć: tęsknotę za rozumem :P)

Tak, wiem, że sobie utrudniam. Wiem też, że tysiąc razy powtarzaliśmy wam, że najlepszą metodą komunikacji jest jasne wyrażanie swoich potrzeb i nieczekanie, aż ktoś się czegoś domyśli. Ale czy nie przyznacie, że to właśnie te okruchy uważności, w których czujemy się otoczeni czułością sprawiają, że w ogóle mówimy o miłości? Czy sprawienie komuś przyjemności, gdy on wcale o nią wcześniej nie poprosił, nie jest jednym z najpiękniejszych uczuć na ziemi? Przynieść ulubione kwiaty bez okazji. Zrobić kawę wcześnie rano. Zabrać na wymarzony weekend.

Więc o ile w seksie wciąż hołdujemy zasadzie: jeśli chcesz mieć ekstremalny orgazm, po prostu usiądź mu na twarzy, o tyle w codzienności wciąż szukamy okazji do spełnień. I tęsknienia. I zaskakiwania. I pokazywania, że wciąż nam zależy.

Czasami, przy kimś, kogo kocham, narasta we mnie
furia obaw, że dyszę miłością nieodwzajemnioną,
Ale dziś myślę, że nie ma nieodwzajemnionej miłości, odpłata
[jest tak czy inaczej pewna (…)

Walt Whitman

KomentarzeJeden komentarz

Napisz komentarz